dzisiaj: 2 września 2010
w Esensjopedii w Esensji w Google
Zobacz koniecznie: ENH, czyli ponad pół setki filmów (1)  – Ewa Drab, Karol Kućmierz, Urszula Lipińska, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Zgryźliwi tetrycy

Lista aktualna
Od: Do:
Tytuł:
Lista wszech czasów
Kolorem pomarańczowym wyróżniono oceny dodane w ciągu ostatniego tygodnia.
Strona [«][‹] 1 z 2 [›][»]
Tytuł
DA
PD
BH
UL
MO
WO
PP
MW
KW
BZ
Średnia
Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Tytuł
DA
PD
BH
UL
MO
WO
PP
MW
KW
BZ
Średnia
Strona [«][‹] 1 z 2 [›][»]
DA – Darek Arest [10]
Koniec świata nadciąga! Niebo wali się na głowę jednego człowieka. I nie – on nie jest tą jedyną osobą, która może to wszystko powstrzymać. Coenowie są naprawdę w wielkiej formie – to jeden z najlepszych filmów zeszłego roku – genialnie obsadzony i prowadzony. Niepokojący i tak niejednoznaczny, że bez nerwowego przełknięcia śliny ciężko nawet nazwać go komedią, albo dramatem. Tak, czy inaczej – znęcanie się nad głównym bohaterem dawno nie było tak satysfakcjonujące.
PD – Piotr Dobry [8]
Mark Twain mawiał, że istotne źródło humoru to troska, a nie radość. Coenowie są orędownikami tej tezy, dlatego ich film o „niemożności szczęścia” – w przeciwieństwie choćby do zbliżonych tematycznie filmów Antonioniego, po których to zawsze mam ochotę się pociąć – potrafi sprawić autentyczną kinofilską frajdę, wcale nie rezygnując z tonu serio. Jestem święcie przekonany, że braciszkowie ukręciliby czarrrrrną komedię nawet z prozy Kuczoka.
MO – Michał Oleszczyk [8]
Taki film nakręciłby Pan Piła, gdyby dostał kasę na coś więcej, niż kolczaste klatki z kowadłami na sznurkach. Tortury, jakim Coenowie poddają swego bohatera, są może mniej wymyślne, ale ponieważ są ekspertami w chwytaniu groteskowego tonu, film od razu przekonuje do siebie widza. Larry – nowy Hiob, ale i nowy Tewje ze „Skrzypka na dachu” – nie walczy o zachowanie duszy bądź tradycji, ale raczej stara się nie stracić rozumu w szalonym świecie kruszących się porządków moralnych. Znakomity Michael Stuhlbarg na dokładkę.
WO – Wojciech Orliński [9]
Najlepszy film o religii, jaki w życiu oglądałem. W dodatku chyba pierwszy przykład gatunku, który można by określić jako „stoner black comedy”. Może każda religia robi się ciekawa po zastosowaniu odpowiednich poszerzaczy percepcji? Byłoby ciekawie obejrzeć „Świadectwo” albo coś innego o papieżu z fajeczką.
PP – Piotr Pluciński [8]
„Poważny człowiek” nie jest, jak chce tego wielu zachodnich krytyków i recenzentów, pierwszym realistycznym filmem braci Coen, ani tym bardziej minimalistyczną, stricte żydowską wersją „American Beauty”. Przefiltrowane, wyblakłe przedmieścia Minnesoty lat sześćdziesiątych są tu raczej wybiórczą i mocno subiektywną emanacją wspomnień z dzieciństwa samych autorów, zamkniętą na realizm otaczającej ich rzeczywistości w stopniu podobnym, co czasoprzestrzeń „Bartona Finka” i „Big Lebowskiego”. Pozorowany – bo niby wszystko jest tu szare i zwyczajne (a nie jest!) – realizm reszty opowieści jest tym samy przyczynkiem do zderzenia racjonalizmu i duchowości. Dlaczego zdarzenia przyjmują taki, a nie inny obrót? Gdzie szukać uzasadnienia? Jakiego dokonać wyboru? Czy Bóg mnie kocha? Dlaczego Bóg mnie nie kocha? Czy w ogóle istnieje? Dramat sponiewieranego Gopnika staje się niemal dramatem biblijnego Hioba, bezlitośnie doświadczanego przez kaprys siły wyższej, której pochodzenie w tym akurat przypadku nie jest wyraźnie sprecyzowane. Czy to złośliwy Bóg właśnie, czy raczej spiętrzona niegodziwość losu? A może sami Coenowie wystawiają na próbę swojego bohatera?
MW – Michał Walkiewicz [9]
„Poważny człowiek” jest tak dobry i tak głęboki, że nie będę się wymądrzał w notce na kilkaset znaków – będą inne okazje do profanacji.
BZ – Beata Zatońska [9]
Przewrotna, pełna czarnego humoru opowieść o facecie, który niczym piorunochron ściąga na siebie całe zło tego świata. Nie ma w nim buntu ani gniewu. Nie wykorzystuje cudownych lat 60., które oferują mu swobodę seksualną i np. palenie trawki. Trwa i nadstawia drugi policzek. Film jak seans terapeutyczny, bo on zawsze ma gorzej niż my. Plus interesująca, obyczajowa panorama amerykańskiego przedmieścia zamieszkanego przez Żydów.
PD – Piotr Dobry [9]
Pamiętam, że kiedy byłem małym chłopcem, scenę skoku Butcha i Kida w przepaść przewijałem i oglądałem po wielokroć z większą nabożnością niż ulubione fragmenty pornosów z niezrównaną Teresą Orlowski. A to już mówi wiele, nieprawdaż? Klasyk przez duże K.
MO – Michał Oleszczyk [9]
Nadal można z nimi kraść konie: kontrkultura w popowej wersji light, z dwoma legendarnymi aktorami w głównych rolach. Plus piosenka, którą trudno wyrzucić z głowy po seansie. Klasyk trzyma się mocno.
PP – Piotr Pluciński [10]
Z jednym zdaniem Michała Walkiewicza muszę się zgodzić – film Hilla faktycznie „odklejony” jest od dominującego wówczas modelu antywesternu. I w tym największa jego siła! Gdy Leone i Peckinpah w swych rewizjonistycznych eskapadach rozrywali zwartą, staroświecką poetykę kina kowbojskiego na strzępy, autor „Butcha i Sundance’a” znalazł chwilę, by wyprawić jej godny pogrzeb. Oto napiętnowany niechybną zagładą romantyzm, którego w westernie już nie doświadczymy…
MW – Michał Walkiewicz [6]
Niestety, ten klasyk brzydko się zestarzał. Lekki ton i wodewilowe wstawki w rodzaju sceny ilustrowanej „Raindrops Keep Fallin on My Head” to gwóźdź do jego trumny. Film powstał w czasach, gdy karty w saloonie rozdawali bezwzględni rewizjoniści z Peckinpahem na czele. Już wtedy wydawał się nieco „odklejony” od dominującego antywesternowego modelu. Dziś to taka sobie popierdółka, doskonała na niedzielną perłę z lamusa.
MO – Michał Oleszczyk [9]
Zdumiewająco wyreżyserowany, delikatny i twardy zarazem melodramat o niechcianym zakochaniu – tutaj w wersji gejowskiej. Ani minuty zmarnowanego czasu ekranowego, aktorzy fenomenalni, a scena, w której przejeżdżający autobus odbija obraz tłumu wgapionego w kochanków, jest wstrząsająca.
PP – Piotr Pluciński [8]
Film Tabakmana często nazywany jest żydowskim „Brokeback Mountain"; poniekąd zasadnie, choć autor stara się też sięgnąć poza kołnierz motywowanego konkretną czasoprzestrzenią zakłamania. Film Anga Lee, czerpiąc z lokalnego konserwatyzmu, ukazywał jednostkowy dramat w obliczu opresyjnych norm społecznych. „Oczy szeroko zamknięte” to z kolei próba obnażenia pokoleniowego rozwarstwienia w kraju motywowanym dramatyczną historią. Podejście do życia Aarona i Ezriego wynika z pewnej jej świadomości, albo wręcz przeciwnie – braku. Pierwszy z nich wciąż żyje w cieniu spuścizny przodków, drugi jest już częścią świata zupełnie innego – zyskującego autonomię, nową tożsamość. Rzecz w tym, że możliwości tranzycji z jednego świata do drugiego nikt nie przewidział.
PD – Piotr Dobry [8]
Do trzech razy SZTUKA.
MO – Michał Oleszczyk [9]
„Trójka” jest filmem o wierności na zabój; mogłaby się równie dobrze nazywać „Na zawsze twój”. Film jest dość mroczny (małych dzieci bym nie zabierał), efekty 3D ma lepsze niż „Avatar”, a Miś Tuliś to dla mnie rewelacyjna figura pluszowego mock-Stalina (oprowadza Chudego i kumpli po przedszkolu jak po wsi potiomkinowskiej). Scena w piecu do palenia śmieci jest jak z wyjęta z Sama Raimiego. Nie wiem, czy podoba mi się ten kierunek, ale jak na razie Pixar wciąż rządzi. PS. Krótkometrażówka „Night & Day” pokazywana przed filmem to najlepsza animacja, jaką widziałem w życiu.
WO – Wojciech Orliński [7]
Chyba pierwszy raz nie daję Pixarowi dziesiątki? Nie mówię, że mi się nie podobało, ale nie miałem już uczucia obcowania z geniuszem. Film rozsypuje się fabularnie na odrębne sekwencje, z których każda ma swój urok (ucieczka z więzienia, nowe lalki u nowej dziewczynki, scena w spalarni, gag z językiem hiszpańskim), ale właśnie każda z osobna. Razem się to średnio klei.
PP – Piotr Pluciński [7]
Nie ta klasa co „Wall-E” i „Odlot”, ale wciąż imponuje, co przy sequelach z tak wysoką cyfrą normą nie jest. Nastrój ’trójki’ dyktuje nostalgia, tęsknota za tym co bezpowrotnie utracone, za wspomnieniem „lepszych czasów”, a na dokładkę sporo tu apokaliptycznego smutku (scena w spalarni, jak na animację, drastyczna i przejmująca)… Bogactwo treści nie współgra jednak z rzemiosłem. Za kamerą części ważnej – bo zamykającej nie tylko zabawkarską sagę, ale i pewien rozdział w dziejach studia Pixar, stanął względny debiutant, co daje o sobie znać choćby w finale, przydługim i nużącym. P.S. Krótkometrażówka „Night & Day” pokazywana przed filmem może i byłaby najlepszą animacją jaką widziałem w życiu, gdyby nie ciążył na niej obowiązek usprawiedliwiania galopującego trójwymiaru. „Otwierajmy się na nowe”, taaa…
MW – Michał Walkiewicz [9]
Do arcydzieła, jakim był „Wall-E”, zabrakło niewiele. Chłopaki z Pixara po raz kolejny wycisnęli ze mnie łzy. Ba, kaskady łez! Film jest poprowadzony tak dojrzale, że gdy pojawia się „prawie-że-finałowa” apokaliptyczna scena ze śmieciami spalanymi w ogniu piekielnym, serce miałem tuż pod językiem. Ja naprawdę myślałem, że to się tak skończy! Chapeau bas!
KW – Konrad Wągrowski [9]
Najlepsze filmowe trylogie ostatnich lat? „Władca Pierścieni"? „Piraci"? „Bourne"? Bzdura – najlepszą trylogię stworzył Pixar, a „Toy Story 3” jest jej wspaniałym zwieńczeniem. Jak przystało na Pixar, dzieje się dużo i ciekawie. Sceny dynamiczne przeplatane są z – jakkolwiek to zabrzmi w przypadku kina dziecięcego – bardziej psychologicznymi. Nie zabraknie też humoru, zawsze niezłej próby, mądrze kierowanego do różnych odbiorców. Strona graficzna po prostu zachwyca. „Toy Story” oczywiście od zarania było nowatorskie (to w końcu pierwszy film w całości zrealizowany w grafice komputerowej), ale nikt nie zamierzał spocząć na laurach. Tła, scenerie, pomysły, postacie, ba! nawet ludzie! są rysowani pięknie, szczegółowo i inspirująco. Po wielkim dynamicznym finale, godnym trzeciej części wspaniałej sagi następuje wyciszenie i refleksja w ostatniej, pięknie podsumowującej (chyba też domykającej) całą trylogię scenie. Bardzo mądrej, bardzo pięknej, i bardzo, bardzo wzruszającej. A co tam, przyznam się – łezka mi się w oku zakręciła.
Incepcja [7.83]
BH – Błażej Hrapkowicz [9]
Nolan jest obecnie najinteligentniejszym reżyserem w głównym nurcie Hollywood – wielopiętrowe narracje buduje przejrzyście i skrupulatnie; spektakularnie, ale nie bombastycznie; w sposób autorski i z szacunkiem dla wartości atrakcji. W „Incepcji” wspomnienie i fantazja mieszają się z jawą, prowadząc otwartą bitwę o pognębionego traumą DiCaprio. Jasne, wcięcia humorystyczne pasują tu jak pięść do nosa i są kwaśne jak cytryna; to prawda, Nolan nie zawsze radzi sobie z fabularnym uzasadnieniem infodumpu, który leje się z ust postaci (bo w produkcji wysokobudżetowej o takich ambicjach wykładów trudno uniknąć – liczy się sposób podania). Ale za ostatnią godzinę wybaczyłbym „Incepcji” wszystko. To arcydzieło inscenizacji, dramaturgii i mistrzowsko wykorzystanego montażu równoległego, który jest specjalnością Nolana. Trzy plany, troje bohaterów uwikłanych w innego rodzaju walkę, ciekawa gra z czasem akcji. Autentycznie zapiera dech w piersiach. Take a bow, Mr. Nolan.
MO – Michał Oleszczyk [7]
Finezja przeplatana wyrobnictwem, ale bilans i tak dodatni. Dialogi czysto informacyjne, DiCaprio powtarza rolę z „Wyspy tajemnic”, muzyka Zimmera okropna. Ale koncept tak zamaszysty i nośny, że wiele można ponurakowi Nolanowi wybaczyć. Po raz pierwszy widziałem takie użycie montażu równoległego, w którym trzy akcje rozgrywałyby się w różnym tempie – ta część filmu jest majstersztykiem i nie zdziwię się, jeśli wyznaczy kinu sensacyjnemu nowe, ekscytujące standardy.
WO – Wojciech Orliński [3]
Chyba pierwszy raz jestem w sytuacji malkontenta, któremu się nie podoba letni blockbuster. Pomysł filmu jest tak potwornie idiotyczny – Naukowcy Wynaleźli Tajemniczy Sposób Na Spotykanie Się We Śnie! – że moje dźwigary do zawieszania niewiary tego nie wytrzymały. Ponieważ wszystko się dzieje we śnie, to nic nie ma sensu, gdy bohaterom brak broni, mogą sobie dośnić dodatkową (a ja wtedy się skręcam od pytania – NIE MOGLI JEJ WYŚNIĆ OD POCZĄTKU? DLACZEGO DOPIERO TERAZ?). Potem znajdują się w potrzasku i pada najbardziej żenujący dialog, „jaka jest droga na skróty?” / „nie ma żadnej, przecież sam zamówiłeś labirynt” / „e, na pewno jakaś jest” / „skrót jest przez wentylację”. Pomijam już to, że „wchodzenie przez wentylację” ma swoją zasłużoną gablotę w Hali Sławy Żenujących Rozwiązań Fabularnych, ale dlaczego od razu nie wchodzili na skróty? Film w moich oczach dobija to, że o ile męskie kreacje grane są przez świetnych aktorów – to kobiety mamy tylko dwie, Zołzę i Pipulinkę. Obie tak nieciekawe, że serdecznie od początku życzyłem im możliwie bolesnego zgonu. Gdybym był ojcem Nolana, powiedziałbym „son – I am disappoint” (ten zgrany mem z 4chana tutaj pojawia się jako Bardzo Dramatyczny Wątek Wyciskający Łzy Z Oczu Cilliana Murphy’ego! – pasuje do wentylacji w sumie).
PP – Piotr Pluciński [9]
„Incepcja” to wypełniona adrenaliną… intelektualna impresja, której rejestracja porównywalna jest z odbieraniem świata przez Leonarda, cierpiącego na zanik pamięci krótkotrwałej bohatera „Memento”. Komfort właściwej percepcji jest tu podobną ułudą. Nolan wrzuca nas do labiryntu, w którym rzeczywistość przenika się z jej wyobrażeniem, a może nawet w ogóle nie istnieje. Jeśli wiemy już w którą stronę się skierować, to zaraz lądujemy w ślepej uliczce. Jeśli coś zaczyna układać się w logiczną całość, to po to tylko, by rozpaść się na atomy.
MW – Michał Walkiewicz [10]
Nikt nie robi w interesie kina rozrywkowego więcej niż Christopher Nolan. „Incepcja” to nie scenariuszowa łamigłówka klasy „Memento” (konkurencję z „Prestiżem” wytrzymuje), ale pod względem reżyserii jest wprost FENOMENALNA. Nolan szanuje widza, nie podsuwa mu scen średnich, odpuszczonych. Wszystkie są świetne, wszystko chodzi jak w zegarku. Fabularnie ryzykowne motywy (logika snu, podświadomość i jej manifestacje) ogrywa z wyczuciem i inteligencją, ma kapitalne pomysły inscenizacyjne, jest odważny, ale ostrożny, świetnie prowadzi aktorów. Ocenę jednakże wystawiam na gorąco, póki banan nie zejdzie mi z twarzy. Po kolejnych seansach przyjdzie pora na skargi i zażalenia.
BZ – Beata Zatońska [9]
Dobry film z doskonałą scenografią i efektami. Nolan po raz kolejny pokazuje, że kino sensacyjne głupie być nie musi. Złodziejsko-sensacyjny schemat fabularny reżyser i scenarzysta w jednej osobie wplata w niezwykle precyzyjnie skonstruowany scenariusz (a że potrafi żonglować czasem i przestrzenią pokazał w „Memento” sprzed 10 lat). Fantastycznie stopił kilka, bardzo różnych płaszczyzn fabularnych. Wszystko zatopił w psychoanalityczno-onirycznym sosie. Mielizny scenariusza dochodzą do umysły widza flashowo, już po seansie. W kinie się o nich nie myśli, bo reżyser doskonale zna swoją robotę. Na tróję z dwoma zasługuje łzawy wątek dramatycznej miłości małżeńskiej głównego bohatera (całkiem udatnie zagranego przez DiCaprio). Choć przez większość filmu reżyser raczej widza szanuje, to tu mruga niczym smutny clown, bo nie dość, że drewniana Marion Cotillard udaje, że gra kobietę demoniczną, to jeszcze, gdy się pojawia, towarzyszy jej motyw muzyczny z piosenki Piaf, którą w innym filmie zagrała. Sam pomysł, złodziejskiej szajki wkradającej się do ludzkich umysłów, ryzykowny, ale inscenizacyjnie to jednak majstersztyk.
BH – Błażej Hrapkowicz [8]
Cage rewelacyjnie gra Nosferatu z odznaką i wymiętym garniturem: jest przygarbiony, przegięty, a z profilu i przy odpowiednim wycieniowaniu mógłby spokojnie dublować Maxa Schrecka. Nowy Orlean po „Katrinie” dorównuje narkotycznemu hajowi porucznika – to rzeczywistość chaotyczna, wynaturzona, urojona. Żeby ją zbudować, Herzog świadomie nadużywa dziwacznych kątów ujęć, absurdalnej inscenizacji i prześwietlonych zdjęć, zamykając formalną dezynwolturę pod kluczem rygorystycznej koncepcji estetycznej. „Zły porucznik” nie wydaje się parodią, zgrywą zaś jest tylko po części. Herzog wprawdzie nie biadoli nad zgniłym światem przedstawionym, po raz wtóry udowadniając, że ma kapitalne poczucie humoru, ale raczej złowieszczo chichocze, niż się zaśmiewa. Być może jeszcze nigdy humor nie był tak wisielczy jak w „Złym poruczniku” – najlepszej fabule autora „Stroszka” od dobrych kilkunastu lat.
MO – Michał Oleszczyk [7]
Powaga Ferrary zastąpiona narkotykową jazdą Herzoga – sztampowy scenariusz nakręcony i zagrany dla maksimum zgrywy, ale w tonacji innej niż Tarantinowska. Brawa dla Cage’a za wielką odwagę, z jaką przekształcił swój występ w prawdziwie campowy wyczyn.
PP – Piotr Pluciński [8]
Remake’ując „Złego porucznika” Ferrary, Herzog spuszcza z tonu, wielokrotnie daje nam do zrozumienia, że porusza się torami subtelnej umowności. Gdy porucznik się potyka, on cierpliwie patrzy. Gdy popełnia te same błędy, wybacza. Gdy nie ma już nadziei, Herzog daje mu rozgrzeszenie. Przytłaczająca przypowieść zawarta w fabule oryginału go nie interesuje; antybohater zostaje wyśmiany. McDonagh to hochsztapler, błazen, szwarccharakter skompromitowany. Nie jest potworem budzącym fascynację, jak przed laty postać Harveya Keitela. To ważne byśmy jego ciemnej strony nie polubili. By dostał od nas szansę, by mógł się nawrócić. Wszak prawdziwych grzeszników jest wokół pod dostatkiem…
MW – Michał Walkiewicz [9]
Miazga! To, co Herzog zrobił z pretensjonalnym i wystękanym oryginałem Ferrary, zasługuje na wszystkie laury świata. Fantastyczna podróż w głąb umysłu przeoranego naprawdę ciężkim towarem. Umieszczony w ekspresjonistycznym, reagującym na poczynania bohatera świecie, Cage radzi sobie fantastycznie. Tam, gdzie u Ferrary był symbol (czyli zwykle krucyfiks), u Niemca jest tłusty dowcip. Oryginał opowiadał o drodze do odkupienia, która nie miała końca. Film Herzoga też jest o drodze – o złym tripie, podczas którego odkupienie to rzecz z tego samego porządku co obdarzone nadświadomością iguany.
BZ – Beata Zatońska [7]
Niesforny Herzog bierze w pastiszowy nawias słynny, skandalizujący film Abla Ferrary. O dziwo, wychodzi mu świetnie. Skonstruował przewrotną przypowieść. Gatunek filmowy potraktował bezceremonialnie. Złamał wszystkie zasady, przesunął akcenty. Dobro zwycięża? Nieprawda. Nagroda dla dobrego głupka? Nic z tych rzeczy! Herzog zaangażował do głównej roli Nicolasa Cage’a i pozwolił mu szarżować. Ta rola, na granicy karykatury, niesie na sobie cały film.
Istota [7.67]
PD – Piotr Dobry [8]
Vincenzo Natali bawi się w Boga, Freuda, doktora Frankensteina i wczesnego Cronenberga. „Istota” porusza istotne problemy natury bioetycznej, choć reżysera nawet bardziej niż genetyka zdaje się fascynować fizjologia i psychoanaliza. Swoje badania przeprowadza jednak w zbyt osobliwy sposób, by trafić do mainstreamowej publiczności. Na moim pokazie prasowym co i rusz ktoś wybuchał śmiechem, ale był to raczej rechot dość nerwowy, mechanizm obronny przed ekranowymi dziwactwami. Chyba nie ma lepszej rekomendacji dla nerdów (nawiasem – słowo kluczowe w filmie) rozkochanych w gatunkowym „kinie niemoralnego niepokoju”?
PP – Piotr Pluciński [7]
Stosowany przez dystrybutora marketing sugeruje, że oto mamy do czynienia z kolejną odmianą „Gatunku” Rogera Donaldsona – brutalną historią wyhodowanej w laboratorium istoty, która zwraca się przeciwko swoim stwórcom. Cóż, nie do końca. Vincenzo Natali, wytrawny esteta i wizjoner, ekspert od klaustrofobicznych opowieści sci-fi, bardziej zainteresowany jest sugestywną psychoanalizą. Łączy więc cronenbergowską obsesję ciała z cierpliwą obserwacją, której nie powstydziłby się sam Freud. I rozlicza. Ale nie tytułową istotę, a tych którzy dali jej życie. Dodatkowo, w wielu scenach pojawiają się bezpardonowe nawiązania do klasyki: „Narzeczonej Frankensteina” Jamesa Whale’a czy „Muchy” Davida Cronenberga, ale ponad wszystkim unoszą się manie Nataliego: samotność, wyobcowanie i naukowy fetysz, ale przede wszystkim subtelna, zakorzenia głęboko w hermetycznej formule, ironia. Zwłaszcza ona nie pozwala rozpatrywać „Istoty” na jednej tylko płaszczyźnie. Ty też jesteś Bogiem, wyobraź to sobie…
MW – Michał Walkiewicz [8]
Natali umieścił w tej zgranej do cna fabułce (łorning, łorning, nie bawmy się w Boga) tyle ciekawych konfliktów i naładował ją tyloma interesującymi paralelami między postaciami, że jego film jest produktem przynajmniej dwukrotnego użytku. Zmysłowa Chaneac, zdzirowata Polley, świetnie ubrany Brody i pomysłowy finał – czegóż chcieć więcej od tak kameralnego filmu?
BH – Błażej Hrapkowicz [8]
Dystrybutor nie mógł się powstrzymać i zaproponował kreatywne tłumaczenie tytułu, przekładając „When you’re strange” na „Historia nieopowiedziana”. Tymczasem film powinien się właściwie nazywać: „Historia opowiedziana wielokrotnie”. Nie odnajdziemy tu bowiem odkrywczych interpretacji fenomenu zespołu – DiCillo umacnia raczej te kanoniczne, sytuując Doorsów w kontekście kontrkultury i jej zmierzchu, a Jima Morrisona w tradycji modernizmu. Jednak rzecz jest poprowadzona rewelacyjnie – archiwalia, wywiady i muzyka stanowią narrację o wielkiej sile obrazu i dźwięku. Piosenki Doorsów nie są tylko ilustracjami tez reżysera, lecz dziełami sztuki, wyrażającymi i komentującymi epokę. Do wad zaliczam chwilami przesadną emfazę i monograficzną linearność opowieści, ale wszelkie mankamenty bledną w obliczu największej zasługi DiCillo: jego film opowiada o Doorsach, nie tylko o Morrisonie. John Densmore, Robby Krieger i Ray Manzarek zostali przedstawieni jako równorzędni członkowie zespołu, współtwórcy jego brzmienia i doskonali muzycy. Za to podwyższam ocenę.
UL – Urszula Lipińska [7]
Rzecz kapitalnie się rozwija: DiCillo ani razu nie ulega przeświadczeniu, że już wszystko o The Doors powiedział. Wędruje wzdłuż historii zespołu i Morrisona, a jakby nieświadomie szedł w kolejne kręgi piekła. Niby odkrywa coraz więcej faktów, a Morrisona czyni przez to postacią bardziej niewyraźną. Film z powiewem kultu. Na plecach czuć oddech czasów podpowiedzianych tu w kilku sugestywnych obraza. Ale przy najlepszych chęciach trzeba powiedzieć jednocześnie, że „Historia nieopowiedziana” nie próbuje pociągnąć portretu artysty daleko ponad obraz Morrisona zabitego przez własny geniusz.
PP – Piotr Pluciński [8]
DiCillo nie eksperymentuje. Zarówno z formą, jak i treścią. Czytana przez Johnny’ego Deppa narracja ogranicza się do znanych choćby z Wikipedii faktów, stanowiąc tym samym swego rodzaju opozycję, manifest wręcz, względem mocno przekłamanych „Doorsów” Olivera Stone’a. Ale nie tylko. Sklejając ze sobą kolejne archiwalne, często nieznane dotąd materiały wideo, autor wznosi się ponad filmową ułudę i wyłuskuje z Jima intymność udręczonego wrażliwca, który na związany z nagłą sławą cyrk nie był przygotowany.
PD – Piotr Dobry [8]
Co jest grane? Kiedy zaglądałem tu ostatni raz, ta kapitalna komedia miała same ósemki i dziewiątki… Ach, już wiem, wtedy wchodziłem przez Lougle.
MO – Michał Oleszczyk [6]
Dużo dobrego i dużo złego; „Kac Vegas” skrzyżowane z „Powrotem do przyszłości”. Podoba mi się absolutny absurd pomysłu (napędzana sowieckim napojem wanna jako wehikuł czasu); śmiałem się z wielu odzywek (zwłaszcza nadaktywnego Roba Corddry’ego). Na minus zapisuję kilogramy odgrzewanego humoru i smutnego Johna Cusacka w głównej roli.
WO – Wojciech Orliński [9]
Bardzo śmieszna komedia o latach 80. To była naprawdę koszmarna dekada – chciałbym z niej wrócić do naszych czasów chyba nawet gdybym w pakiecie odzyskał młodość.
PP – Piotr Pluciński [4]
Film Pinka zaskakuje brakiem nostalgicznego zacięcia, co w przypadku odwoływania się do dekady tak specyficznej, wydawałoby się oczywistością. W jej miejsce mamy ciąg połączonych wątłym łańcuchem gagów: tych całkiem śmiesznych i tych zupełnie żenujących. Nie dziwi to zupełnie, jeśli spojrzeć w filmografie trójki scenarzystów, którzy podpisali się pod fabułą: ich dotychczasową współpracę determinowały obsesje młodości, seksualne fiksacje i dojrzałość godna uczniów gimnazjum. Niech stanowi to swego rodzaju ostrzeżenie: już w pierwszej scenie psie odchody lądują na czyjejś twarzy. A dalej wcale nie jest lepiej.
KW – Konrad Wągrowski [6]
Ciekawe – wygląda na to, że tetrycy, którzy pamiętają lata 80. film oceniają przyzwoicie, a ci, którzy wówczas na chleb mówili „bep” a na muchy „tapty” dużo gorzej. Dziwne, bo akurat jakiegoś nostalgicznego spojrzenia, czy analizy tu za specjalnie nie ma. „Hot Tub Time Machine” też nie broni się jako film o podróży w czasie, bo pod tym względem kupy się zupełnie nie trzyma. Broni się natomiast jako komedia – ja się śmiałem nieraz i to całkiem głośno.
Grubasy [6.25]
BH – Błażej Hrapkowicz [7]
Niełatwo o samoakceptację i receptę na szczęście, gdy wokół szaleją piekło (inni ludzie) i opresyjne wzorce społeczne. Tę dosyć oczywistą prawdę Alevaro sprzedaje za pomocą przewrotnej i wyrafinowanej narracji, w ramach której estetyka telewizyjnej reklamy przechodzi w groteskę, scalając się po drodze z almodovarowskim melodramatyzmem. Humor jest eklektyczny (od kompozycji kadru do eksplorowania manieryzmów postaci), a przesłanie mądre. Podobnie jak poprzedni film Alevaro – „Granatowyprawieczarny” – „Grubasy” nasycone są zdrowym relatywizmem. Zawsze, kiedy wydaje się, że oto bohaterowie odnaleźli swoją drogę – niechybnie prowadzącą do harmonii – okazuje się ona kliszą, która natychmiast zostaje zdemaskowana. Jak sobie radzić w tej sytuacji? Szukać, mówi Alevaro, ciągle szukać i eksperymentować. Bez gwarancji sukcesu.
UL – Urszula Lipińska [5]
Arévalo dobiera losy bohaterów tak, aby problem rozmiarów miał wiele wymiarów. Galeria osobowości nie należy jednak do przesadnie barwnych i szczególnie charyzmatycznych, więc nie na miejscu będzie podziw dla pomysłowości autora. Drugą naturą tego rodzaju filmów jest chęć prostego tłumaczenia każdego problemu jednym powodem. Arévalo oczywiście tej pokusie ulega. Na starcie „Gordos” traci więc fabularny suspens, ale autorowi pozwala w spokoju i skupieniu przyjrzeć się postaciom. Udaje się to w pełni właściwie w jednym wątku: otyłej rodziny Andresa z której wyłamuje się szczupły syn Luis. Tu twórca nie boi się zakołysać nastrojami: zaśmiać się szyderczo, żeby za chwilę zamilknąć w smutnym przygnębieniu. Dla miłośników dokonań Arévalo w krótkim metrażu, ten wątek będzie niczym zestaw wszystkich zalet jego kina w pakiecie: połączenie błyskotliwości „Profilaxis”, dotkliwości „Exprés” i nieprzewidywalności „Traumalogíi”. Dowcipna, przewrotna i przenikliwa miniatura. Gdzie trzeba lekka, gdzie trzeba – ma odpowiedni ciężar.
WO – Wojciech Orliński [7]
Bardzo fajne kino europejskie! Nietypowa gorzka komedia o czwórce osób chodzących na terapię dla odchudzających się. Terapeuta, rzecz jasna, też ma swoje problemy. Trochę tu mamy nietypowej erotyki (z grubasami! ale nie tylko…), dużo przewrotnego humoru, wszystko świeże i dalekie od schematów. I czas na obowiązkowe pytanie, dlaczego w Polsce nie robią takich fajnych filmów?
MW – Michał Walkiewicz [6]
Całkiem filmowy jak na poradnik samoakceptacji.
PD – Piotr Dobry [8]
Nieformalny remake „Tego wspaniałego życia” Franka Capry. Suta dawka sentymentalizmu, ale dla przeciwwagi równie dużo posępnego klimatu niczym z braci Grimm. Ulgę przynosi większy nacisk na baśniowość i zredukowanie liczby popkulturowych gierek, która w poprzedniej odsłonie osiągnęła apogeum. Nie spodziewałem się, że za czwartym razem Shrek znów mi sprawi tak OGRomną frajdę.
UL – Urszula Lipińska [5]
Shrek widać też tetryczeje z wiekiem. Im starszy, tym bardziej staje się dydaktyczną bajką, z której kpił w początkowych częściach cyklu. Ma to swoje konsekwencje, bo przez to całemu filmowi brakuje źródła energii i nieprzewidywalności. Przeczuwam, że „Shrek Forever” zadziała jako cegiełka w całej serii, razem faktycznie mamy w nim jakąś nową jakość , ale osobno podsuwa mi się kino obyczajowe średniej klasy.
WO – Wojciech Orliński [7]
Już nie pamiętam, jak oceniałem pozostałe części cyklu? W każdym razie, jak na czwartą, ta wcale nie jest najgorsza. Nawet Wierzbięta nie za bardzo zaszalał (a może to nie on? nie chce mi się sprawdzać). Nowy szwarccharakter jest taki sobie, ale plusem jest alternatywna wersja księżniczki Fiony. I ogólnie postapokaliptyczna wizja baśniowego świata.
PP – Piotr Pluciński [5]
Niby mroczniej i przenikliwiej, niby godnie wieńcząc całą serię, a jednak wciąż chodzi o to tylko, by odpowiednim momencie rzucić czerstwym dowcipem lub… Ech, cieszę się, że to już koniec.
BZ – Beata Zatońska [6]
Ojej, Shrek idzie na emeryturę! Właściwie dobrze, bo już mu się należy, a i twórcy nie za bardzo wiedzą, co z nim zrobić. Film, jak na część czwartą, zły nie jest. Dowcip trafia się czasem niezgorszy. Ale za to smrodek dydaktyczny bardziej wyczuwalny niż w częściach poprzednich i czarny charakter za mało czarny.
PD – Piotr Dobry [4]
Podobno książka jest lepsza. Wierzę na słowo, bo nie bardzo potrafię sobie wyobrazić, jaka książka mogłaby być mniej pociągająca od tego filmu. Telefoniczna? Nawet „Pamiętnik Anastazji P.” czy „Operacja Chusta” są przecież chociaż niezamierzenie śmieszne.
UL – Urszula Lipińska [6]
Ze scenariuszem – fiasko zupełne, spokojnie u nas ktoś mógłby coś takiego machnąć, a przecież zagłębiem dobrych komedii romantycznych nie jesteśmy. Nie każdy kawałek nadawał się tu do lekkiej formuły (małżonkowie tak łatwo przyjmują zdradę?!) , co trochę wytrąca z relaksacyjnego przyglądania. Ale całość to dobry przykład na to, że wdzięk aktorów czasem bywa jedynym urokiem filmu.
WO – Wojciech Orliński [7]
Sophie Marceau jest przepiękna i zahipnotyzowany jej urodą, mogłem wysiedzieć bez znudzenia. Ale scenariusz tego filmu to jakby jakiś Saramonowicz z Grocholą pisali, wszystko sprowadzone do najgłupszych stereotypów.
BZ – Beata Zatońska [6]
Dobra, zabawna francuska farsa. Autorom udało się nie przekroczyć granicy dobrego smaku, choć na warsztat wzięli temat zdradliwy, czyli męsko-damskie stereotypy. Szkoda tylko, że pomysłów zabrakło na ¾ filmu.
BH – Błażej Hrapkowicz [6]
Zgodne z duchem równouprawnienia: w pierwszej połowie filmu to mężczyzna manipuluje kobietą dla jej dobra, w drugiej na odwrót i rodzi się harmonijny, symetryczny związek. Opowiastka Mangolda zręcznie i wdzięcznie ogrywa konwencje komedii sensacyjnej, dorzucając jeden ironiczny nawias więcej, niż to w klasykach bywało. Ale poza tym wszystko po bożemu, konstrukcja zamiast dekonstrukcji, o żadnej gatunkowej metarefleksji nie może być mowy. Jest za to energia, polot i przednia zabawa, przynajmniej dopóty, dopóki Mangold ma na czym pracować, a nie tylko udaje, że wciąż zostało mu wiele do powiedzenia (patrz ostatnie 40 minut). Poza finałową zadyszką kulą u nogi „Wybuchowej pary” jest Cruise – sztywny jak pal Azji. Na szczęście towarzyszy mu cudowna Cameron Diaz – przezabawna, przeurocza, grająca na wielkim luzie. Choć jej bohaterka zwykle jest zagubiona bądź przestraszona, nigdy nie zachowuje się jak trzpiotka i podlotek. Duża klasa.
MO – Michał Oleszczyk [6]
Podobnie jak w „3:10 do Yumy”, Mangold nie zna umiaru: przefajnował „Wybuchową parę” do tego stopnia, że hiszpańskie byki ścigają się z autami na długo po tym, jak wyczerpał się napęd scenariusza. Cameron Diaz jest jednak wybitną aktorką komediową i trzyma film do końca mimo oporu materii w postaci absolutnego (choć wyszczerzonego) drewna, jakim jest tu Cruise.
PP – Piotr Pluciński [4]
Podobny film już kiedyś powstał. „Ptaszek na uwięzi” Johna Badhama ślizgał się po identycznych stereotypach, a gloryfikując zuchwały heroizm Mela Gibsona i nieporadną histerię Goldie Hawn robił to na dyle dobrze, by ustanowić jeden z ostatnich standardów w łączeniu humoru i sensacji. Dziś o powtórzenie tego wyczynu nie jest już łatwo. Zmieniły się czasy, zmieniły się gwiazdy, ale co najważniejsze – zmieniły się standardy pobudzania publiki. Co bawiło kilkanaście lat temu, dziś jest wymęczoną kliszą, co kilkanaście lat temu ekscytowało, dziś już nie wystarcza. To właśnie wyeksploatowany do reszty rodowód ciągnie film Mangolda w dół. Dzisiaj, by podobną historię opowiedzieć z sukcesem, trzeba przegryźć się przez schemat, poniżyć go, upodlić, jak zrobił to choćby Shane Black w „Kiss Kiss Bang Bang”.
MW – Michał Walkiewicz [6]
Diaz jak zwykle świetna, Cruise jak zawsze drętwy. Na szczęście Mangold ma lekką rękę i potrafi wyciągnąć ze senariusza cymesik (świetne sceny narkotykowych odlotów bohaterki). Szkoda drugiego planu – Davis, Dano i Saarsgard nie mają nic do zagrania, a przecież mogliby stworzyć dla gwiazdorskiej pary ciekawą przeciwwagę.
Green Zone [5.50]
UL – Urszula Lipińska [6]
Nie zamierzam polemizować z niezaprzeczalnym faktem, że „Green Zone” to dobry film, wysoką jakość w dużej mierze zawdzięczający świetnej reżyserii. Ale naprawdę trudno dobrać gustowne argumenty odpychające zarzut, że Greengrass osiągnął już w poprzednich filmach poziom realizacji, którego tym razem nie udało mu się choćby symbolicznie przekroczyć. Na dobrą sprawę, „Green Zone” potwierdza obawę, która przemykała już przez myśl przy „Ultimatum Bourne’a”: takie kino ma ograniczone możliwości realizacyjne. Od pewnego czasu po prostu można zmieniać już tylko fabuły, a nie da się rozwijać formuły. Pierwsza godzina urywa głowę, drugą przytłacza poczucie, że wszystko to już było kilka Bournów temu.
MO – Michał Oleszczyk [4]
Rozedrganie i precyzja – nikt nie łączy ich tak jak Greengrass. „Krwawa niedziela” i „Lot 93” to arcydzieła. Ale kiedy facet bierze na warsztat tak niemądry i oczywisty scenariusz jak „Green Zone”, staje się żenujący. Ciągłe upma-umpa na ścieżce dźwiękowej ma sugerować odkrywanie jakiejś wielkiej prawdy o wojnie w Iraku, podczas gdy dostajemy tylko garść anty-Bushowskich banałów. Keep out of the Zone.
MW – Michał Walkiewicz [5]
„Green Zone” to film przeciętny – nie daje pełnego obrazu politycznych machinacji w Iraku, zawodzi jako kino akcji. Chociaż, w przeciwieństwie do realizowanej w podobnej poetyce trylogii o Bournie, pretensji mu nie brakuje. Szkoda, że Greengrass nie ma poczucia humoru. Gdyby miał, pewnie nie sadziłby banału za banałem z miną wielkiego demaskatora.
KW – Konrad Wągrowski [7]
Przyznać należy, że film – jak przystało na dzieło jednego z najbardziej cenionych filmowych fachowców – wykonany jest bardzo dobrze (choć „Bourne′om” nie dorównuje), nie nuży ani przez chwilę, sceny akcji są dynamiczne i pomysłowo sfilmowane (Greengrass zaczynał przy tym przecież jako twórca dokumentów wojennych), przeplatane solidną intrygą kryminalną. Szkoda jednak, że zabrakło do tego jakiejś głębszej refleksji ponad powszechnie znane fakty. Powstał film niezły, mógł być znakomity.
Drużyna A [5.40]
DA – Darek Arest [7]
Jest takie ujęcie, które powinno nazywać się „A-team shot”. Po ostrzelaniu ogniem maszynowym pościg ciągnący się za dzielną drużyną zalicza w końcu dachowanie. Uśmiechnięci chłopcy-drużynowcy odjeżdżają z uśmiechem w siną dal, a pokonani wrogowie, zanim nastąpi eksplozja, wychodzą z wraku i ponurymi minami otrzepują się z kurzu. Zostali pokonani i upokorzeni, ale nawet nie draśnięci fizycznie. Eksplodujące samochody są i w wersji kinowej, ale dziś nikt już z nich nie wysiada. Gotowość do zadania stałych obrażeń stała się kategorią moralną – nie można naprawiać świata i uchylać od odpowiedzialności za skutki przemocy (B.A. dostaje nawet na ten temat krótki wykład od pułkownika). Chociaż to zmiana dość drastyczna, to wydaje się, że mimo wszystko z rozpędzonego furgonu nie powinien wysiadać też nikt ze starych fanów serialu. Nowej drużynie nie brakuje wigoru, a scenariusz dalej jest projekcją 10-latka, w której właśnie wigor jest najważniejszy („zrzucimy czołg na spadochronie i będziemy kierować jego lotem, strzelając z lufy”). Mój wewnętrzny 10-latek jest zachwycony. Chociaż odnosi wrażenie, że ktoś znowu podprowadza mu pomysły!
PD – Piotr Dobry [5]
Campowy wdzięk oryginału zaginął w akcji, a scenarzyści nie przeżyli pierwszego wybuchu. Ostały się lejtmotywy, jak mohawk, cygaro czy czarna furgonetka, które prócz funkcji nostalgicznych pełnią tu jeszcze role fabularnych erzaców (konflikt dramaturgiczny buduje się na przykład wokół tego, że Baracus się nie ogolił!). Zdumiewa mnie założenie, że prequel „Drużyny A” skonstruowany pod percepcję dziesięciolatka to strzał w – nomen omen – dziesiątkę – fani serialu mają obecnie po 30-40 lat, a dzisiejsze dziesięciolatki nie takie fajerwerki u Baya czy Emmericha oglądały.
MO – Michał Oleszczyk [4]
Jako umiarkowany miłośnik fajnej ramoty TV, a przede wszystkim jako wielki miłośnik kina akcji jako takiego – z trudem wysiedziałem na kinowej „Drużynie A”. Film jest tak pociachany, że trudno w nim mówić nawet o poszczególnych scenach. Trudno powiedzieć, co tu leci z góry, a co z dołu. Takiemu materiałowi przydałby się majster Paul Greengrass, ale niestety wybrał głoszenie nudnych kazań w Zielonej Strefie.
PP – Piotr Pluciński [5]
Po zwiastunie spodziewałem się żenującej katastrofy, tymczasem seans to w miarę bezbolesny. Niepokoi tylko przesłanie. Olbrzym B.A., wrzucony w połowie filmu za kraty, wyrzeka się wszelkiej przemocy. „Nie mogę już zabijać” mówi wtedy kolegom, co jest istotne o tyle, że w oryginalnej „Drużynie A” śmierci nie było w ogóle – nikt nigdy nie zginął. Deklaracja B.A. robi wrażenie jako próba identyfikacji z ideologią serialu, ale czar pryska w ostatnich minutach, gdy nawrócony przez Hannibala cytatem z Gandhiego (sic!), B.A. w dzikim szale łamie kark swojego przeciwnika. Takie czasy?
MW – Michał Walkiewicz [6]
Motyw z czołgiem, sterowanym za pomocą salw z lufy podczas swobodnego spadania z samolotu, znajdował się jeszcze w granicach hiperumownej konwencji. Ba, można było go nazwać pomysłowym! Ale kiedy po totalnym mayhemie na nabrzeżach, Hannibal, jak gdyby nigdy nic, wcielił w życie swój masterplan, opracowany na podstawie gry w trzy kubki, zwątpiłem w poczytalność scenarzystów, reżysera i wózkarzy. I gdyby nie fakt, że po tej scenie odgłos mojej ręki lądującej na czole odbił się echem po całym kinie, dałbym punkcik wyżej.
Wenecja [5.33]
MO – Michał Oleszczyk [2]
Po Kolskim choćby potop – niestety. Scenariusz to brudnopis, sceny ułożone są w porządku przypadkowym, a nad tym wszystkim unosi się „poezja”, czyli wycinanki, buteleczki, włóczka i promienie słońca załamywane w szkiełku. Intelektualna zgroza, mówiąca nadętym językiem wytartych do cna symboli.
MW – Michał Walkiewicz [7]
Dlaczego „Wenecja”? Z dwóch powodów. Po pierwsze, po nędznych „Jasminum” oraz „Afonii i pszczołach” Kolski wrócił do formy. Po drugie, to jeden z niewielu objawów polskiej gorączki artystycznej, który bez wahania można nazwać filmem. Dobry scenariusz, reżyseria, gra aktorska, zdjęcia i muzyka – kojarzycie definicję?
BZ – Beata Zatońska [7]
Kolski czyta na swój sposób prozę Odojewskiego i bardzo pięknie ją ilustruje. Duża zasługa operatora Artura Reinharta, który wyczarował na ekranie zdjęcia jednocześnie magiczne i realistyczne. Jest tu ciekawie zarysowany dramat dojrzewającego bez miłości chłopca. Od dzieciństwa definitywnie odrywa go II wojna światowa. W posiadłości babki, gdzie panują klimaty jak z „Panien z Wilka”, Marek (bardzo dobry debiut filmowy Marka Walewskiego) spędza wojenne lata, powtarzając w chwilach załamania jak mantrę „nie chcę tu być”. Namiastką wolności jest zalana piwnica, w której razem z ciotkami i kuzynami wyczarowuje ukochaną, wyśnioną Wenecję.
BH – Błażej Hrapkowicz [5]
Oryginał powstawał za śmieszne pieniądze, ale udało się w nim wiele – stosując chałupnicze metody, Craven stworzył najciekawszego mordercę w historii slasherów i nadał imponujący ekranowy kształt surrealistycznym morderstwom popełnianym przez Kruegera. Twórcy remaku powielają w sekwencjach snów fantasmagorie z pierwowzoru, nie oferując niczego, czego już w „Koszmarze” nie widzieliśmy. Nowa wersja jest bardziej dopieszczona wizualnie – obraz skrzy się kolorami i refleksami, kadry rozświetla punktowe światło, kamera sunie powoli i majestatycznie. Pomysły Bayera na straszenie ograniczają się jednak do dwóch zabiegów (suspensu i strachów z szafy), które są odpalane natychmiastowo, aby osiągnąć jak najszybszy, krótkotrwały efekt (Craven delektował się scenami morderstw do granic perwersji). Pod znakiem zapytania stoi także sens przedsięwzięcia – nowy „Koszmar” posługuje się najbardziej wytartymi horrorowymi kliszami na serio, gubiąc subwersywny wymiar oryginału. Po „Krzyku” nie wygląda to już najlepiej. Ale Bayer, którego teledyskową wrażliwość widać na każdym kroku, nie poniósł kompletnej porażki. Film jest klimatyczny i elegancko nakręcony, a Jackie Earle Haley daje radę jako zrestartowany, nieco poważniejszy Freddy. Jak na poziom hollywoodzkich remaków, to i tak nieźle.
PP – Piotr Pluciński [4]
„Kiedy kręciliśmy ’Piątek trzynastego’, obejrzałem ’Halloween’ Johna Carpentera, by zrozumieć format gatunku” – powiedział w jednym z wywiadów scenarzysta Victor Miller – „Okazało się, że to dziecinnie proste. Otwarcie musi zawierać w sobie zapowiedź nadnaturalnej rzezi, następnie następuje proste zarysowanie akcji, a potem już tylko kolejne nastolatki giną w możliwie okrutny i wymyślny sposób.” To niesamowite, ale 30 lat później na tym dawno już wytartym schemacie wciąż zarabiać można grube miliony. Z tą różnicą, że na oryginalność w szlachtowaniu młodego pokolenia aktorów nikt się już nie sili. Ot, czysta redukcja. Zasypiasz – giniesz.
MW – Michał Walkiewicz [6]
Mogło być lepiej – Freddy stracił na charakterze, a śmiertelna powaga tylko zaszkodziła opowieści o śniących i umierających nastolatkach. W zgodzie z najnowszą modą, wylansowaną przez Batmana, a podchwyconą przez żydowskiego komandosa w „Predators”, bohater złowrogo charczy. Brakuje mu jednak pomysłowości i finezji w szlachtowaniu swoich ofiar. Nie wykorzystano motywu pedofilii, pokpiono sprawę relacji między dzieciakami. Poza kapitalną stroną formalną i fajnie zainscenizowanymi scenami snów, niewiele tu mięska.
BH – Błażej Hrapkowicz [6]
Wszystko, czego spodziewacie się po tercecie Disney – Bruckheimer – Turteltaub, więc nie musicie pytać. Stop kina przygodowego, fantastycznego i młodzieżowego – odwieczna walka dobra ze złem, czary-mary i hokus-pokus oraz nerd, który okazuje się następcą Merlina, a ponadto zdobywa serce ukochanej. Nicolas Cage dostał kolejną rolę, w której cierpiętnicza mina sprawdza się doskonale, ale to Jay Baruchel ciągnie film – fakt, że wypada przekonująco w roli nerda, nikogo nie powinien dziwić, ale już to, że wierzymy w jego magiczny rozkwit, zakrawa na cud. Turteltaub umie preparować rozrywkę, która logikę traktuje z radosnym lekceważeniem (choć tutaj scenarzyści starają się jak mogą, podsuwając magii naukowego sprzymierzeńca – fizykę), ale jest ujmująco pozbawiona jakichkolwiek aspiracji. W tych kategoriach „Uczeń czarnoksiężnika” to solidna pozycja – ma przyzwoicie skrojony scenariusz, dobre tempo, sympatycznych bohaterów i humor na poziomie.
PP – Piotr Pluciński [3]
Cage i Turteltaub pokazali już, jakie kino stoi w zasięgu ich możliwości za sprawą dyptyku (póki co!) „Skarbu narodów”, a mianowicie: dynamiczne, złożone z klisz, zaprawione niewyszukaną ironią przygodówki dla tych, którzy nie załapali się na czasy wielkości Indiany Jonesa. Tutaj jest podobnie, z tą różnicą, że odbiorcą jest widz znacznie młodszy. „Uczeń czarnoksiężnika”, idąc śladami choćby „Percy’ego Jacksona”, już teraz usiłuje wypełnić lukę, która powstanie wraz z końcem filmowej sagi o przygodach Harry’ego Pottera.
BH – Błażej Hrapkowicz [3]
Trudno nie sympatyzować z wymową filmu – szydząc z maczyzmu, który stoi na straży konserwatywno-patriarchalnej moralności, Ozpetek opowiada się za otwartością, tolerancją, prawem do szczęścia. Portret rodziny jako więzienia, ostoi przesądów i zgubnego determinizmu, instytucji tłamszącej jednostkę – to w polskich warunkach wręcz kontrkultura. Ale litości, dlaczego to wszystko musi być tak niemiłosiernie toporne? Kiedy Ozpetek chce być śmieszny, sięga po uliczną farsę, kiedy pragnie wzruszyć, strzela widzowi między oczy harlequinem. I do tego jeszcze te stereotypowe postacie – przegięci homoseksualiści, pluskający się radośnie w rytm tandetnego przeboju pop (sic!); niewyżyta seksualnie ciotka, błagająca co noc o złodzieja, który ją zaspokoi; niezależna, ale oczywiście samotna biznesmenka. Gdyby Ozpetek był dobrym filmowcem, być może udałoby się coś ocalić z tego scenariusza. Ale nie jest – kamera plącze się bezładnie między bohaterami, nie wiedząc, co ze sobą począć; montaż jest niezgrabny i nie ma żadnej funkcji poza pchaniem akcji do przodu; inscenizacja polega na tym, że bohaterowie rozmawiają. Strata czasu.
UL – Urszula Lipińska [3]
Nieprzypadkowo najlepszym filmem Ferzana Ozpeteka są „Okna”. Okazało się, że tylko odejście od farsowej rodzinnej sagi może przewietrzyć jego kino i nie ustawiać reżysera na pozycji ubogiego brata Pedro Almodóvara. W „Mine Vaganti” błąkamy się po znajomych rejonach, rozpoznanych charakterach (bez wyjątku dosyć płaskich), zgłębiamy dylematy już niegdyś zgłębione i jemy makarony z tych samych stołów, co dawniej.
MO – Michał Oleszczyk [3]
Nie jestem wrogiem tej serii; pierwsze dwie części miały dużo popkulturowej poezji – to w grymasie wiecznie nieszczęśliwej Stewart, to w powłóczystym Pattinsonie, to w sześciopaku wilkołaka Jacoba… „Jezioro marzeń” napędzane krwią – mnie to nie przeszkadza. Ale nowy film jest tak źle skonstruowany, z kilometrowymi (słabymi) dialogami i bez jakiejś próby pomysłowego opowiadania obrazem, że czułem się jak na rozwlekłym słuchowisku radiowym. Chyba wysiadam na tym przystanku.
MW – Michał Walkiewicz [4]
Lepsze niż część poprzednia, słabsze niż otwarcie sagi. Pierwsza scena, z chłopakiem gonionym po miasteczku przez wąpierze, to najlepszy kawałek reżyserskiej pracy w całej serii. Niestety, im dalej w las, tym więcej półnagich bysiorów, lśniących w słońcu krwiopijców i miłosnych deklaracji pod jaworem. W tym szczególnym przypadku wolę „Zaćmienie” Antonioniego.
BZ – Beata Zatońska [1]
Mniej zabawne, niestety, niż część druga. Wampirzo-wikołakowo-ludzka saga postępy czyni niewielkie. Fenomen socjologiczny, ale filmowa porażka.
Strona [«][‹] 1 z 2 [›][»]

Polecamy

Jestem legendą

Mroczny Rycerz:

Jestem legendą
— Piotr Dobry

Inne światy
— Jakub Gałka

Co się zdarzyło Lois Lane?
— Piotr Dobry

A ty?
— Michał R. Wiśniewski

Mroczny Rycerz i jego Mroczek, czyli Batman po polsku
— Konrad Wągrowski

Poradnik: Jak wygryźć Batmana
— Paweł Sasko

Wampiry grasują w Gotham
— Piotr Dobry

Czarno na czarnym
— Urszula Lipińska

Nietoperze, które nie ujrzały światła dziennego
— Konrad Wągrowski

Bywają takie dni, że po prostu nie możesz pozbyć się bomby!
— Konrad Wągrowski



Kihachi Okamoto
‹Kill›

Dwóch samurajów przybywa do zapomnianego przez wszystkich miasteczka. Jeden z nich – farmer, który porzucił ziemie, marzy by zostać prawdziwych wojownikiem, drugi – były samuraj, pragnie uciec przed przeszłością. Wkrótce jednak obaj zostaną wplątani w lokalny konflikt o władzę. Nieoczekiwanie staną po dwóch stronach barykady.



Priyadarshan
‹Billu›

Bilas Rao Pardesi jest fryzjerem mieszkającym w małej wiosce o nazwie Budbuda. Wraz ze swoją żoną Bindiyą i dwójką dzieci prowadzą bardzo skromne i proste życie. Praca w salonie fryzjerskim nie dostarcza wysokich dochodów, a Billu nie jest nawet w stanie opłacić szkoły dzieci. Wszystko diametralnie się zmienia gdy Sahir Khan przyjeżdża do ich wioski, by nakręcić swój najnowszy film i na jaw wychodzi fakt, że aktor i Billu kiedyś się przyjaźnili.



Toshiya Fujita
‹Lady Snowblood›

XIX wieczna Japonia. Urodzona w więzieniu piękna kobieta, poświęca swoją młodość na opanowanie do perfekcji sztuki walki mieczem. Jej największym pragnieniem jest dokonanie zemsty za przerażającą zbrodnię dokonaną w przeszłości na jej rodzinie...



Nikhil Advani
‹Wszystko dla miłości›

Bollywoodzka wersja komedii romantycznej "To właśnie miłość" w reżyserii twórcy przeboju "Gdyby jutra nie było". "Wszystko dla miłości" to sześć par i sześć przeplatających się ze sobą opowieści o różnych odcieniach miłości. To pełne humoru dialogi i silna dawka wzruszeń. To hymn na cześć najpiękniejszego z uczuć, a zarazem romantyczna i pełna emocji opowieść, wypełniona porywającymi do tańca piosenkami...

Copyright © 2000-2010 – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.