ESENSJA » Filmy » Tetrycy
Start Magazyn Twórczość Książki Filmy Komiksy Gry Muzyka Varia Redakcja
Filmy
Aktualności
Wieści
Recenzje
Publicystyka
Wywiady
Tetrycy
DVD
Esensjopedia
Konkursy
Magazyn XCIV
Pobierz magazyn
Konkursy
Wielki Konkurs na Recenzję Filmową
Polecane serwisy
Wiatr ze Wschodu
Podręcznik
Drogi Potencjalny Autorze!
RSS – kanał informacyjny ogólny [pomoc…]
RSS – kanał informacyjny działu [więcej…]
RSS – kanał informacyjny Zgryźliwych Tetryków
Esensja bloguje
RSS – kanał informacyjny blogu
Forum Esensji
Nasz profil na Facebooku Podążaj za nami na Twitterze Informujemy na Blipie Nasz profil na Naszej-klasie
Czytaj nasze wiadomości w Cafe News
Students.pl
Najbliższe zapowiedzi kinowe
Bonnie i Clyde – Arthur Penn
Była sobie dziewczyna – Lone Scherfig
Dobra wróżka – Michael Lembeck
Legion – Scott Stewart
Plaże Agnes – Agnès Varda
The Box. Pułapka – Richard Kelly
Twój na zawsze – Allen Coulter
[więcej...]
W kinach
Agora – Alejandro Amenábar
Beats of Freedom: Zew wolności – Leszek Gnoiński, Wojciech Słota
Nasza niania jest agentem – Brian Levant
Nostalgia anioła – Peter Jackson
Różyczka – Jan Kidawa-Błoński
The Hurt Locker. W pułapce wojny – Kathryn Bigelow
Trick – Jan Hryniak
[więcej...]
Zgryźliwi tetrycy
Lista aktualna
Od: Do:
Tytuł:
Lista wszech czasów
Kolorem pomarańczowym wyróżniono oceny dodane w ciągu ostatniego tygodnia
Strona [«][‹] 1 z 3 [›][»]
Tytuł
DA
PD
BF
UL
MO
WO
PP
MW
KW
BZ
Średnia
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Tytuł
DA
PD
BF
UL
MO
WO
PP
MW
KW
BZ
Średnia
Strona [«][‹] 1 z 3 [›][»]
Lourdes [9.67]
UL – Urszula Lipińska [9]
Na dobrą sprawę, nawet przez ułamek sekundy nie da się do końca powiedzieć o czym „Lourdes” jest. Można je czytać jako wielką manifestację, że na świecie Boga nie ma – jest jedynie czysty przypadek. Może być też stwierdzeniem, że Bóg jest, ale wyroki jego niezbadane – zasugerowana śmierć siostry Cecile i cudne wyzdrowienie Christine można rozumieć jako ofiarę pierwszej, która przysłużyła się tej drugiej. Może Hausner chodzi o świat, w którym za myśleniem o Bogu nie idzie żadna duchowość a jedynie wyobrażenie, że mamy jakiś punkt zaczepienia do którego można się odwołać lub którego można winić za nieszczęścia. Postacie, które tak zazdroszczą Christine mają wobec Boga postawę roszczeniową, a samo Lourdes to właściwie takie miejsce do którego przychodzą na wymianę: uzdrowienie za modlitwę. A można nawet odrzucić analizowanie tematyki, potraktować religię metaforycznie i oglądać „Lourdes” jak film o ludzkiej naturze, która przez kontekst religijny jaskrawieje na rzecz wyjątkowo przygnębiającej diagnozy.
MO – Michał Oleszczyk [10]
Surowy i dowcipny zarazem, zrobiony twardą ręką film na temat, który prowokuje do sentymentalizmu i rozlazłości. Hausner udowodniła stopień mistrzostwa obrazowo-dźwiękowego, do jakiego wielu innych twórców dochodzi przez dekadę lub dwie. „Film o cudzie”, tak reklamują ten film w radiu – dla mnie przede wszystkim film o tym, jak religia nie wyjaśnia relacji międzyludzkich, a relacje międzyludzkie nie są w stanie wyjaśnić religii.
PP – Piotr Pluciński [10]
Jeśli film Hausner opowiada o czymś ponad wszystko, to o tym, że świat pełen jest nierównych podziałów. Jedni mają, drudzy nie; jedni chorują, inni są zdrowi. A gdy nagle czyjaś sytuacja ulega poprawie, rodzi się pytanie – dlaczego Ty, a nie ja? W ostatniej scenie, Hausner nakierowuje kamerę na nieruchomą twarz aktorki Sylvie Testud. Przeciągające się ujęcie akcentuje niepewną przyszłość bohaterki – splot zależności, któremu być może znów będzie musiała podlegać. Na jej twarzy maluje się żal i ledwo dostrzegalna panika; obraz się zaciemnia.
DA – Darek Arest [10]
Ech, w zasadzie nie ma co oszczędzać tych dziesiątek. Bo na co, jak nie na „Autora”, który sprawia taką przyjemność, że nie tyle nie można, co nie chce się do niego doczepiać. Historia jak historia, ale tak opowiadać potrafi tylko Arcymistrz. Każdy kadr przyjemnie łechce tajemnicze ośrodki w mózgu, a pod powierzchnią pulsuje jak zwykle kozackie zło (choć nie jestem do końca pewien, co to znaczy). I te bramy, furtki, ścieżki, za którymi kryją się kolejne tajemnice. Piękne, złowieszcze, dowcipne.
BF – Bartek Fukiet [9]
Kino gatunkowe najlepszego sortu. Zdjęcia, aktorzy (i dobór, i wykonanie), muzyka, scenografia, reżyseria – mistrzostwo świata. Zazgrzytało mi tylko w scenariuszu, a to za sprawą nadmiernej wiary scenarzystów w potęgę Google jako narzędzia demaskowania międzynarodowych spisków szpiegowskich. Free Roman! Taki potencjał reżyserski nie może się marnować za kratami jankeskiego lochu.
UL – Urszula Lipińska [9]
To niestosowne porównanie, ale perfekcjonizm „Autora widmo” ma w sobie wiele ze szwajcarskiego zegarka. Zamiast prozy thrillerowego schematu – drugie dno, zamiast oczywistej akcji – napięcie pulsujące pod powierzchnią. I jeszcze Eli Wallach w epizodzie. Nieczęsto reżyserzy w wieku Polańskiego kręcą tak świetne kino i nie ma już dziś zbyt wielu mistrzów, którzy potrafią ze zwykłego filmu wycisnąć arcydzieło.
MO – Michał Oleszczyk [9]
Elegancja nie wyklucza doniosłości, czego ekspercki thriller Polańskiego dowodzi z mocą, na jaką tylko stać tylko prawdziwego mistrza. Ostatnie ujęcie to majstersztyk: obojętna ulica i fruwające w powietrzu dowody czyjejś śmierci… Brawa; nie tylko za tych ostatnich 15 sekund.
WO – Wojciech Orliński [10]
Najlepszy Polański ever. Dodam: najlepszy niekomediowy, ze względu na mój ogromny sentyment do „Wampirów”. Ale jak tu mistrzowsko się rozwija intryga, napina suspens, reżyser zręcznie podrzuca fałszywe tropy! Trademarkowe dla Polańskiego poczucie osaczenia głownego bohatera jeszcze nigdy nie wyszło mu tak realistycznie. Że można pokazać cywilizacyjne drobiazgi typu upierdliwy GPS albo niemożność złapania taksówki tak, że przypomina to osaczenie z „Matni” czy nawet „Pianisty"… niesamowite, po prostu niesamowite.
MW – Michał Walkiewicz [10]
Nie wiem, czy to najlepszy Polański ever. Wiem natomiast, że to najlepszy Polański od czasu jego poprzedniego filmu, który tak masakrował atmosferą osaczenia i wizją zła, kryjącego się „tuż za rogiem”, mianowicie „Lokatora”. „Autor widmo” jest egzemplifikacją wielkiej chęci i radości opowiadania, czegoś takiego w ciągu ostatniego roku doświadczyłem tylko u Macdonalda w „Stanie gry”. Ten film mógłby trwać i z sześć godzin, a frajda z seansu rosłaby proporcjonalnie. Ulubione zajawki Polańskiego (jak klątwa chodzenia „w cudzych butach” lub błogosławieństwo niewiedzy) oraz stylistyczne znaki firmowe wracają w genialnie poprowadzonej i zagranej historii. Czapki z głów!
KW – Konrad Wągrowski [8]
Najfajniejsze w nowym filmie Polańskiego jest to, że potrafi zabrać mnie w swoją grę – podczas oglądania „Autora widmo” cały czas umysł pracuje, próbuje łączyć fakty, próbuje zgłębiać rolę poszczególnych postaci i próbuje odgadywać zagadki i finalną tajemnicę. Z dumą się przyznam, że do wiadomej osoby duże podejrzenia miałem już w połowie filmu. :) Ale poza tym świetny klimat, kapitalnie budowany różnymi środkami – scenerią (fascynujące i niepokojące bałtyckie wybrzeże udające Atlantyk), scenografią (wnętrza!), zdjęciami (wciąż widoczny ochroniarz, idący kilka kroków za bohaterami), etc. etc. Ale także świetne aktorstwo – Ewan McGregor ok, ale Pierce Brosnan znakomity, takoż Olivia Williams, bezbłędny jak zwykle Wilkinson, a w epizodzie nawet łysy jak kolano Belushi! Poznaliście go?
PD – Piotr Dobry [9]
Nieśmiertelny klasyk.
MO – Michał Oleszczyk [10]
Jeden z nielicznych filmów w historii kina, o którym można powiedzieć, że jest absolutnie bezbłędny. Co prawda przeczy to niejako deklaracji z ostatniego zdania, jakie pada z ekranu (wstyd cytować), ale właśnie takimi paradoksami filmowe niebo jest wybrukowane. Kto nie widział… Ten niech się nie przyznaje i skorzysta z okazji dostarczonej przez Vivarto.
PP – Piotr Pluciński [9]
Parafrazując wieńczące film zdanie: w tym przypadku akurat można mówić o doskonałości.
MW – Michał Walkiewicz [9]
Czułem, że będzie to konkurs na najkrótszą notkę. Chyba już go przegrałem, ale gdybym mógł cofnąć czas, napisałbym tylko: sam pieprz!
Avatar [9.00]
DA – Darek Arest [9]
No piękny, piękny… Do tego ze sprytnie rozpisanym scenariuszem. Po części wychodzi z tego nawet historia autotematyczna – hasło: „zobacz cuda i poczuj się jak dziecko” odnosi się zarówno do widzów, jak i do głównego bohatera. Dlatego fajnym pomysłem było zrobienie z niego takiego sympatycznego głuptaska, który co chwila uśmiecha się jak nierozgarnięty siedmiolatek. Tym mniej jednak strawna jest jego przemiana w męża stanu. Co wyjątkowego jest w tym wybrańcu? Plus absolutny brak zaskoczenia, plus kilka logicznych potknięć. Spełnienie było blisko, ale jednak takie drobiazgi skutecznie mnie rozpraszają. Wiem, że moja strata, więc spróbuję jeszcze raz. Duży bonus: „Avatar” zawiera gotową koncepcję na to, jak zmusić Sigourney Weaver, żeby pouganiała się jeszcze za kosmitami w szóstej i siódmej części „Obcego” (po prequelu, nad którym pracuje Ridley Scott).
PD – Piotr Dobry [10]
WOOOOOW! Naprawdę poczułem się jak ośmiolatek pierwszy raz czytający „Szninkla”. Wtedy też nie liczyła się fabuła, tylko Przygoda, Fantastycznie Fantastyczny Świat, Wybraniec Mający Przywrócić Pokój i Wielkie Piersi G’wel. Neytiri z ludu Na’vi biust ma co prawda mikry, ale… czy to normalne odczuwać pociąg do niebieskiej kotopodobnej kosmitki? Czy to ze mną jest coś nie tak, czy to zasługa REALIZMU POSTACI? Trzy godziny na Pandorze i już człowiek zupełnie skołowany…
BF – Bartek Fukiet [10]
Oszołomienie i szczękopad na (I)maxa. A powiadam Wam, bracia w kinomanii, swoim trzęsącym się, tetrycznym głosem: wielem w życiu filmów widział, ale od lat szczenięcych żaden obraz nie zrobił na mnie tak pieruńskiego wrażenia. Czysta magia kina, i do tego w trójwymiarze. Czego tu chcieć więcej?
UL – Urszula Lipińska [7]
Wstawiam ocenę z lekką nadwyżką i pewną bezsilnością. Rzeczywiście ciężko oceniać „Avatara” jak pozostałe filmy, skoro ma on bardziej rangę rewolucyjnego wydarzenia przecierającego szlaki. I tu właściwie pole do krytyki się kurczy, usprawiedliwiając wątłą fabułę, prostych bohaterów i nieznośne dłużyzny. Tyle, że w tym stylu można również obronić każdą prekursorką produkcję, taki przykładowo „Katyń” też. U Camerona natomiast sukces spotkał się w porażką w jednym punkcie. Właściwie tak szybko kupujemy wykreowany świat, że po piętnastu minutach przestaje rajcować jego trójwymiarowość i fantastyczna oprawa staje się naturalna. Pojedyncze sceny, jak finałowa bitwa, są bardziej przyjemnym wyrwaniem z letargu niż sukcesywnym podnoszeniem napięcia. W letarg wpędza całość natomiast straszliwie naiwna historia, która sama w sobie, nie ma nic na swoją obronę może poza Sigourney Weaver – jedyną „trójwymiarową” postacią w „Avatarze”. Bo jeśli Sam Wortnington jest nową twarzą wysokobudżetowego kina, to już zaczynam nurkować w poszukiwaniu swoich „Szklanych pułapek”.
MO – Michał Oleszczyk [10]
Gigantyczny w skali, nieskrępowany w wyobraźni, prawdziwie filmowy w koncepcji i wykonaniu. Zarzuty o naiwność nie mogą go nawet zadrasnąć, tak jak nigdy nie zadrasną „Metropolis” Fritza Langa. Kino Camerona wciela idee w ruch i obraz; nie potrzebuje intelektualnej eksplikacji. Obejrzyjcie: koniecznie teraz, koniecznie w IMAX-ie. Kiedy indziej (i gdzie indziej) „Awatar” nie będzie już tak dobry. Ale chwila obecna należy tylko do niego.
WO – Wojciech Orliński [10]
ZA-JE-BIO-ZA.
PP – Piotr Pluciński [8]
„Avatar” zmienia wszystko. Po tym co w swoim nowym filmie pokazał James Cameron, nie będzie już tanich wymówek i pokrętnych tłumaczeń – specjaliści od efektów specjalnych rozliczani będą z najmniejszych nawet niedoróbek. Ale film Camerona to nie tylko zapierająca dech w piersiach podróż do nieznanego świata. Czuć w „Avatarze” fascynację pro-ekologicznymi animacjami Hayao Miyazakiego (przypomina się zwłaszcza „Laputa – zamek w chmurach”), których przesłanie Cameron wyraźnie tu podziela; obecny jest bogaty surrealizm prac Rogera Deana, a wątki pacyfistyczne śmiało przeplatają się z odwołaniami do esencji humanizmu. „Avatar” bardzo jednoznacznie opowiada się za rozwagą i zrozumieniem obcej kultury, przestrzegając tym samym przed ślepą ekspansją. Czy w Hollywood można lepiej wydać 230 milionów dolarów? Chyba nie.
MW – Michał Walkiewicz [8]
Houston, mamy problem. Ta kaszaniasta wariacja na temat „Pocahontas” podana jest w tak nieprawdopodobnej oprawie wizualnej, że nie wiadomo, jaką miarę do niej przyłożyć. „Avatar” nie jest po prostu „piękny” czy nawet „spektakularny”. To skończone AR-CY-DZIE-ŁO efektów specjalnych i komputerowej animacji (IMAX obowiązkowy!). Przy tym utworze każdy inny blockbuster, o jakim pomyślicie, leży na łopatkach i ssie kciuk. Gollum jest od dziś kukłą bez wyrazu, a przyrodniczego bogactwa świata, do którego zabiera nas Cameron, nie da się opisać bez ślinotoku. Z drugiej strony, jest to świat rozpisany na bazie tak infantylnych opozycji i konfliktów, że marketingowe zapewnienia o „nowym, dojrzałym uniwersum SF” można włożyć między bajki. W kategorii „kino familijne” – dycha jak w mordę strzelił. W kategorii „film faceta, który wprawdzie trochę zdziadział, ale kiedyś zrobił Terminatora i Obcych” – ósemka z dużym plusem.
KW – Konrad Wągrowski [9]
Cameronowi udała się wielka sztuka – zrobił „Gwiezdne wojny” XXI wieku. Wielu przed nim próbowało, ale dopiero teraz zbliżyliśmy się do siły oddziaływania dzieła Lucasa. Do archetypicznej opowieści o rywalizacji dobra i zła, z jasno określonymi stronami, działającej silnie na proste emocje, oszałamiającej pod względem formy. Jeśli macie w sobie jeszcze coś z dziecięcej pasji, z fascynacji fantastycznymi historiami, innymi światami, indiańskimi opowieściami, przygodą, odkryciami, historiami o przyjaźni, miłości, poświęceniu – w „Avatarze” powinniście się zakochać. W takim kontekście błahość samej fabuły nie ma właściwie znaczenia.
BZ – Beata Zatońska [9]
Pod względem formalnym totalne arcydzieło, po prostu wgniata w fotel z wrażenia. Świat wymyślony od początku do końca, fantastycznie i perfekcyjnie. Polatałoby się na smoko-dinozaurach na przykład albo pochodziło po lesie, gdzie fruwają śnieżynki do meduz podobne. Fabułka jednak nie dorasta do wizjonerskiego produktu, dialogi patosem i banałem poskrzypują. I co z tym zrobić?
PD – Piotr Dobry [8]
Wspaniałe jest w tym filmie to, że działa nie tylko na poziomie nostalgii za disneyowską klasyką, ale broni się też jako autonomiczna całość. Nawiązania do „Zakochanego kundla”, „Małej syrenki” i innych są subtelne, ładnie wkomponowane w fabułę; nikt nie wymachuje sztandarem z napisem „Uwaga! Teraz parodia Tego i Owego!”. Wartością dodaną jest „cały ten zgiełk” Luizjany lat 20. – murzyński proletariat, miejska socjeta jak u Fitzgeralda, bagienny krajobraz delty Missisipi i standardy Louisa Armstronga pobrzmiewające w piosenkach ochrzczonego jego imieniem aligatora. No i znowu się potwierdza, że najważniejsi są bohaterowie, nieważne w ilu wymiarach powołani do życia.
BF – Bartek Fukiet [8]
Początek zniechęcający – slogany o American Dream z zawartością cukru na poziomie fastfoodowego wiaderka z Colą i z rysunkową wersją Barracka w roli pomnikowego i zapracowanego (u podstaw) rodziciela bohaterki. Film nabiera tempa i polotu w momencie pojawienia się tytułowej żaby. I od tej chwili robi się nam dobry, klasyczny Disney – bardzo zabawny, mocno wzruszający, z mnóstwem chwytliwych piosenek, sympatycznym krokodylem-jazzmanem i świetnym pomysłem, by osadzić fabułę w (czarno)magicznym Nowym Orleanie. Re(re-kum-kum)laks dla każdej generacji gwarantowany! Klasyczna animacja wróciła w dobrym stylu
MO – Michał Oleszczyk [9]
Majstersztyk jubilerstwa: każda śrubka scenariuszowa na miejscu, dowcip goni dowcip, wszystko się pięknie zazębia i naprawdę wzrusza. Do tego znakomity polski dubbing. Scenariuszowa ekipa Disneya udowadnia, że nie w pikselach siła, tylko w koncepcie i wykonaniu. W tle Nowy Orlean, którego już nie ma i trans-rasowy romans posunięty dalej, niż było to w „Zakochanym kundlu”. Palce lizać.
WO – Wojciech Orliński [9]
Hura, hura, hura, wraca taki Disney, jakiego już miało więcej nie być!
PP – Piotr Pluciński [7]
Dopiero seans „Księżniczki i Żaby” uświadomił mi jak bardzo w trójwymiarowo-pixarowym krajobrazie brakuje klasycznych animacji Disneya. Ich nieskomplikowanej kreski, musicalowego zacięcia i… dydaktyczno-rasistowskich dychotomii. Bo czy kolor skóry bohaterki coś tu zmienia? Od nawyków arabskiego kupca z „Aladyna” czy filozofii życiowej rasta-kraba z „Małej syrenki” (nota bene, filmów za które odpowiadają twórcy „Księżniczki…). odróżnia ją tylko przewrotna oczywistość. Raz, że Tiana jest ubogą posługaczką w pełni akceptującą swą ograniczoną pozycję społeczną; dwa – jej karnacja przywodzi na myśl co najwyżej Halle Berry, którą bardzo rzadko postrzega się przez pryzmat koloru skóry. A jeśli dodać, że większość filmu bohaterka spędza w żabiej skórze?
PD – Piotr Dobry [6]
Solidna psychodrama, zręcznie wpisująca „Przygodę” i w mniejszym stopniu „Powiększenie” (parafraza dwóch czy trzech pantomimicznych scen) Antonioniego w kody kulturowe świata islamu. Film nie mówi na temat współczesnej irańskiej obyczajowości nic, czego byśmy nie wiedzieli od Satrapi, ale potrafi przytrzymać w napięciu – na szczęście największy włoski nudziarz nie objął pełnego patronatu.
UL – Urszula Lipińska [8]
Technika filmowa w służbie dramatyzacji obyczajowego uścisku czy kulturowe tło potęgujące thrillerowe napięcie? Ani jedno, ani drugie wydaje się nie brać góry i może dlatego „Co wiesz o Elly?” robi pionujące wrażenie. Asghar Farhadi czuje kino, wie kiedy przyciąć ujęcie, przekierować kamerę, przenieść perspektywę opowiadania na inną postać, wprowadzić nowego bohatera. Trudna sztuka w kraju, w którym wydaje się, że mało kto słyszał o istnieniu zawodu montażysty. Wystarczy przyjrzeć się kilku scenom poprzedzającym zniknięcie Elly, żeby zauważyć, że reżyser nigdy nie polega na samym, bez wątpienia świetnym scenariuszu, ale ma przemyślany każdy szczegół. Podobnie jak w „Perskim nowym roku” intensyfikuje emocje z wyczuciem godnym Bergmana, buduje napięcie rodem z Hitchcocka przy czym fabularnie ma niewiele wspólnego z tym pierwszym i jeszcze mniej z tym drugim.
MO – Michał Oleszczyk [10]
Wybitny film Farhadiego (jeszcze lepszy od znakomitych „Środowych fajerwerków”) to coś znacznie więcej niż tylko „obnażenie patriarchatu irańskiej kultury”. To scenariusz napisany z zegarmistrzowską precyzją, milimetr po milimetrze ukazujący rozmiary katastrofy, do jakiej doprowadza banalne (i powszechne) marzenie o wpływaniu na życie innych ludzi. Film jest zatłoczony (tuzin postaci!), ale wszystko rozgrywa się tak naprawdę między inicjatorką szarady a mężczyzną, który koniec końców jest najbardziej przez nią pokrzywdzony. Scena ich rozmowy w finale to emocjonalny młot między oczy. Czapki z głów.
DA – Darek Arest [8]
Po seansie spływa, jak woda. Ale kiedy siedzi się w kinie smakuje dobrze i orzeźwia. Intryga może niespecjalnie intrygująca, ale smakowita relacja Holmes-Watson wiele może wynagrodzić. Nawet nie wiem, czy Downey Jr. w ogóle się stara być uroczy, ale obawiam się, że to silniejsze od niego.
PD – Piotr Dobry [8]
Doktor House i doktor Watson na tropie masońskiego spisku. Guy Ritchie wyleczył filmowego Holmesa z nobliwości, a jego kompana z pierdołowatości i zrobił z nich bohaterów kina akcji na nasze czasy. Miód na moje popkulturowe serce.
BF – Bartek Fukiet [9]
Guy Ritchie wyplątał się z małżeńskiej kabały z Madonną i z filmu na film jest coraz lepszy. Reaktywacja klasycznego bohatera na miarę gustów współczesnej młodocianej widowni (i zdziecinniałego tetryka piszącego te słowa): szybko, efektownie, kolorowo, dowcipnie. Cudownie zblazowany Downey Jr., którego Holmes stanowi skrzyżowanie Tony’ego Starka z doktorem House’em, potwierdza, że jest jak wino – im starszy, tym lepszy. Do tego Jude Law jako elegant, który się oprychom nie kłania, ładnie zrekonstruowany Londyn z epoki i pomysłowo pokazane sceny potyczek na pięści. Czekam na ciąg dalszy i profesora Moriarty’ego w pełnej krasie.
MO – Michał Oleszczyk [7]
Energia, dowcip, dyscyplina – wszystkie zwyczajowe cnoty Ritchiego, plus rewelacyjnie pijany rozumem Downey. Nawet Jude Law wypadł świetnie. Znakomita fantazja na temat klasycznej postaci i słoniowaty manifest racjonalizmu zarazem.
PP – Piotr Pluciński [7]
Po tym, jak Guy Ritchie postawił na odtwórcze katowanie zużytej formuły w „Rock ’N’ Rolli”, wydawało się, że nie podoła skomplikowanemu procesowi reanimacji postaci tak wyeksploatowanej jak Holmes. A jednak się udało. Ritchie wskrzesił ekranowy potencjał słynnego detektywa, nie profanując przy tym jego korzeni. Jego spojrzenie na postać Sherlocka to intrygujący kompromis niezrealizowanych założeń samego Conan Doyle’a (wszak autor wielokrotnie wspominał o nieprzeciętnej tężyźnie fizycznej swego bohatera) i oczekiwań współczesnej widowni. Narracja jest dynamiczna, intryga spektakularna, bohater uwspółcześniony i odpowiednio przewartościowany, a jednak wszystko trzyma się kupy. I ma klasę. Szkoda tylko potraktowanego po macoszemu antagonisty. Zaskakująco nieskuteczny lord Blackwood wydaje się mocno niedopracowaną zapowiedzią właściwego przeciwnika – profesora Moriarty’ego.
MW – Michał Walkiewicz [9]
Guy Ritchie musiałby się ożenić z kolejną kabalistką, bym uwierzył, że może jeszcze kiedyś nakręcić kiepski albo pretensjonalny film – taki dobry jest jego „Sherlock Holmes”. Akcja, romans, przygoda, humor. Coś dla chłopców i dziewczynek, heteryków i gejów, zwolenników dedukcji oraz indukcji. Pierwszy film, który ma szanse zostać „Star Trekiem” tego roku.
KW – Konrad Wągrowski [8]
Downey w świetnej formie, Law doskonały jako Watson, nieźle dobrani pozostali partnerzy, świetna scenografia wiktoriańskiego Londynu, niezły humor, dobre teksty, kapitalne sceny akcji i garść smaczków dla miłośników literackiego Sherlocka Holmesa. W sumie czego chcieć więcej? Chyba tylko sequela.
BZ – Beata Zatońska [7]
Kinowy komiks o Holmesie, który zachowuje się jak Bond z depresją. Angielski spleen, mroczny Londyn, błyskotliwe dialogi i Robert Downey Jr. jako Holmes – to na plus. Niedorzeczna fabuła – na minus. W sumie, godziwa rozrywka.
Głód [7.67]
PD – Piotr Dobry [4]
Wall-E też nic nie mówił przez pierwszą godzinę, jednak przynajmniej nie musieliśmy patrzeć jak myje ręce czy pali szluga przez długie minuty. Fassbender na diecie Bale’a imponuje poświęceniem, ale w sumie nudziarstwo zawieszone między kinem społecznym a wideo-artem.
MO – Michał Oleszczyk [10]
Arcydzieło, przy którym człowiek pokornieje i zdaje sobie sprawę, jaką ilość śmiecia nazywa z braku laku „dobrym kinem”. Film o ciele i duszy; o historii i jej braku; o doraźnej wadze polityki i jej ostatecznej nicości. McQueen jednym ruchem wszedł do kanonu, co wcześniej udało się chyba tylko Malickowi. Nie „polecam”, tylko milknę w podziwie.
PP – Piotr Pluciński [9]
W debiucie (!) fabularnym McQueena nie czuć ręki amatora. Wręcz przeciwnie, „Głód” jest filmem mocno wyważonym i skrupulatnie rozpisanym, z godnym starego mistrza rozłożeniem poszczególnych akcentów. Opowieść dzieli się na trzy odrębne akty. Pierwszy to zarys sytuacji, trzeci – rejestracja głodówki. Najważniejsza jest jednak 23-minutowa (z czego 17 w pojedynczym ujęciu) rozmowa, która znajduje się między nimi. Sands prowadzi żywiołową dyskusję z księdzem, który stara się odwieść go od desperackiego czynu. Ten fascynujący manifest autonomii mówi o całym konflikcie więcej niż wszystkie pozostałe filmy o tej tematyce razem wzięte. Nieważne gdzie leży wina, ofiary są zawsze w ludziach.
PD – Piotr Dobry [8]
Że zacytuję ostatnie słowa Anne Byrne z „Opowieści z hrabstwa Essex”: „Ale kto powiedział, że łatwo jest kochać, hm? Mimo wszystko, od tego jest przecież rodzina”. Rodzina Goode z filmu Jonesa też miłuje się jakoś nieporadnie, często niewłaściwie, ale przynajmniej chce. O ilu familiach nie można powiedzieć nawet tego? Materiał do refleksji plus wybitna, wyciszona, a zarazem niezwykle charyzmatyczna kreacja De Niro.
MO – Michał Oleszczyk [7]
Estetycznie i aktorsko nie ma to wiele wspólnego z oryginałem Tornatore. De Niro jest wyczekujący i cichy; Mastroianni był żywszy (dostał też więcej scen wizyjnych). Ale dzięki temu właśnie główny temat wybrzmiewa tu mocniej: ojciec, który zapomniał spytać swoje dzieci o to, kim są, płaci okrutną cenę za swą rodzicielską pychę. Siła tej historii tkwi w centralnej sprzeczności: ojcowska pycha nie przyszła wcale w miejsce miłości, ale była jej przedziwną częścią składową.
PD – Piotr Dobry [7]
Film bardzo osobisty, ale nie ekshibicjonistyczny. Melancholijny, ale nie smutny. Afirmujący sztukę i życie w ogóle. Życie, które Vardy zanadto nie rozpieszczało, a mimo to zdołała zachować godną podziwu pogodę ducha. Inspirujące.
MO – Michał Oleszczyk [8]
Lekki i precyzyjny zarazem, kipiący pomysłami autoportret wybitnej artystki; podsumowanie, pożegnanie, uśmiech rzucany na odchodnym. Każdy ruch precyzyjny, każdy wybór trafny. Ot, spotkanie z mistrzynią.
Fish Tank [7.50]
PD – Piotr Dobry [7]
Bardziej poetyckie niż społeczne; skupione bardziej na konkretnym człowieku niż zjawisku socjologicznym; rezygnujące z ekstremów na rzecz „coming-of-age story” – bardzo mi się podoba, że Andrea Arnold w swojej wizji kina nie kroczy po śladach wydeptanych przez Kena Loacha czy Mike’a Leigh, tylko znajduje własną ścieżkę. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to maksymalnie przewidywalny wątek Connora (świetny Fassbender), choć po części składam moje odczucia na karb autosugestii wynikającej z wcześniejszego obejrzenia „An Education”.
UL – Urszula Lipińska [6]
Dla Andrei Arnold celnie obrana droga do arcydzieła powoli staje się nieprzerwanym dreptaniem w miejscu pod tabliczką „Nadzieja kina”. W „Fish Tank” krąży w zakamarkach społecznego dramatu spod znaku Kena Loacha i zaułkach fabuł o spełnianiu amerykańskiego snu na brytyjskim blokowisku. Najciekawiej wypada rozwinięcie głównego motywu z „Red Road” i powraca do wątku podglądactwa w bardziej wyrafinowanym wydaniu. Niemal wszyscy bohaterowie skradają się do siebie po cichu, nie patrzą sobie prosto w oczy, potajemnie się podglądają i unikają konfrontacji. Wzajemna fascynacja, strach i ukryte pragnienia zawarte w tych ukradkowych spojrzeniach zyskują nieznośnie duże stężenie emocjonalne. Ułamki życia, które ktoś podejrzał, chcący lub nie, stają się kartą przetargową w kontaktach między bohaterami. Arnold ponownie miała w zasięgu ręki kawałek bardzo dobrego kina i ponownie nie uczyniła ostatniego kroku, żeby dopełnić dzieła. Ale cóż, podobno do trzech razy sztuka.
MO – Michał Oleszczyk [7]
Solidne kino, zadłużone stylistycznie po uszy u braci Dardenne. Arnold, jeśli to możliwe, lubi symbole jeszcze bardziej od Belgów (biały koń! ryba!) – no i chwilami jest jednak zbyt zamaszysta (ten „dziki” bieg Mii po otrzymaniu wieści o ucieczce Connora… ludzie kochani…). Ale tak czy siak, jest to dojrzałe i mocne kino ufundowane na współczuciu i ciekawości drugiego człowieka. W kontekście filmów takich jak „Biała wstążka” czy „Moja krew” jest to swoisty ewenement.
BZ – Beata Zatońska [10]
Wiwisekcja rodziny, której się nie udało. Zaczyna się jak obraz spod znaku Kena Loacha, by potem zaskakiwać i zwodzić. Bohaterowie budzą niechęć i sympatię jednocześnie. Z każdą minutą filmu łatwiej ich zrozumieć. Tak jest przede wszystkim ze zbuntowaną nastolatką Mią, która z chuligańskich wybryków zbudowała ochronny pancerz.
W chmurach [7.20]
PD – Piotr Dobry [6]
Clooney tak świetnie odgrywa Michaela Claytona w wersji light, że aż szkoda tej roli na tak nierówny film. „W chmurach” jest genialne, gdy opowiada o Ameryce czasu kryzysu i bardzo przeciętne jako komedia romantyczna. Tymczasem mało wiarygodny i przewidywalny wątek romansowy twórcy rozdmuchują ponad miarę, a sceny obrazujące redukcje etatów ograniczają do absolutnego minimum. Moim zdaniem proporcje powinny być zupełnie odwrotne, bo nawet migawki ze zwalnianymi pracownikami potrafią chwycić za gardło, a co mnie mają obchodzić umizgi i zranione serduszka jakichś egocentrycznych karierowiczów?
UL – Urszula Lipińska [8]
Kiedy w niebie rozdawali talent, Jason Reitman musiał się ustawić w kolejce dwa razy. Słyszałam, że „W chmurach” opowiada historyjkę do bólu zwyczajną, gdzie indziej znowu, że co do sekundy wykoncypowaną. Kogo to obchodzi, skoro Reitman jest po prostu niezdolny do sztuczności na ekranie. Najbardziej ekscentryczne pomysły (jak np. zdjęcie młodej pary podróżujące z bohaterem) sprzedaje z naturalnością i ciepłym uśmiechem. Awers wszelakich filmów o zagubieniu w wielkich metropoliach i samotności w szklanych biurowcach – po seansie kilka ważnych dotąd tytułów na ten temat przestaje się w ogóle liczyć.
MO – Michał Oleszczyk [7]
Taki film nakręciłaby rezolutna Juno: na zewnątrz zbroja z kozactwa, w środku serduszko ze złota. Równowaga nie jest zachowana cały czas (Reitman jak zwykle gubi tempo pod koniec), ale to wielka przyjemność zobaczyć tak inteligentny i konserwatywny zarazem film; stający po stronie związku, wierności, rodziny i zadomowienia. Jak widać, trudno nam połknąć cokolwiek z powyższego bez laminatu z seksownego łajdactwa. Dobre i to.
WO – Wojciech Orliński [7]
Ach, mogłbym słuchać godzinami opowieści o tym, co daje karta lojalnościowa Hiltona, Hertza czy American Airlines. I oczywiście podoba mi się pocieszycielskie przesłanie, że rodzina ważniejsza (ale co to ma wspólnego z konserwatyzmem? konserwatywnych polityków to policja aresztuje za prowadzenie po pijaku z facetem poderwanym w barze dla gejów). Ale jednak muszę się zgodzić z zastrzeżeniem, że od sceny ślubu tam się już przestaje cokolwiek dziać. No i też żałuję, że tak mało jest zwolnień – do tak bezensownie krótkiego dialogu marnować takiego aktora jak J. K. Simmons? Albo Sama Elliotta do paru zdań na pokładzie samolotu? Ani to cameo ani normalna rola… Przeczuwam, że w scenariuszu miało być więcej, ale wycięli, bo sponsor potrzebował dodatkowych paru minut na wyraźne wyrecytowanie „złota karta programu lojalnościowego” przez statystę.
KW – Konrad Wągrowski [8]
Oczywiście, że wymowa filmu jest w gruncie rzeczy konserwatywna, ale jako w gruncie rzeczy konserwatywny człowiek z rodziną wolę opowieści, o tym, że w życiu najważniejsza jest rodzina, a nie o tym, że należy rozpakować plecak i cieszyć się wolnością 10000 metrów n.p.m. Ale przecież to jest przekaz niezwykle szczery – czyż nie tak trzeba rozumieć prawdziwe opowieści naturszczyków o tym, co pomogło im pozbierać się po utracie pracy? Co nie zmienia faktu, że bohater Clooneya jest postacią ciekawą, niejednoznaczną, mającą jakieś swoje racje, ale też nie do końca pewną swoich wyborów. Wielkie brawa za finał, za nie pójście w najbardziej oczekiwanym kierunku i za zaburzenie pewności siebie widza. Jedno tylko mnie niemiło ukuło w tym naprawdę świetnym filmie – pupa Very Farmigi nie była jej prawdziwą pupą.
DA – Darek Arest [8]
Ubaw po pachy, jakby same diabły gęsim piórkiem po piętach łechtały. Groza i komizm fantastycznie zbalansowane, starannie ugniecione w mroczną masę, smakującą jak dobrej jakości taśma VHS, z nagranymi hitami z lat 80.
PD – Piotr Dobry [8]
Horror tak inny od dzisiejszych produkcji gatunku, tak energetyczny, tak ekscytujący, że gdybym nie widział na własne oczy, nie uwierzyłbym w jego istnienie. To Sylvia Ganush, nie Jigsaw, powinna się doczekać własnej serii grozy. Zagraj to jeszcze nie raz, Sam!
MO – Michał Oleszczyk [8]
Dom strachów w wersji XXL Deluxe. Raimi wstrzymał oddech i naładował ten króciutki i prosty horror taką energią, że zostajemy przeniesieni w czasie: znowu jesteśmy dziećmi oglądającymi drugiego Indianę Jonesa na VHS-ie, znowu wijemy się na widok wyrywanego serca, znowu chcemy więcej. Plus medal za najpiękniejszy seledynowy płaszczyk w historii kina (finał).
PP – Piotr Pluciński [6]
Sam Raimi powraca do korzeni, pokazując, że obciach może być zdrowy. Niegodziwa chusteczka, opętana koza, klątwa starej cyganki… Ach, czego tu nie ma! Twór Raimiego jest bezwstydnie głupi, absurdalnie obleśny i szalenie przewidywalny. I właśnie dlatego ogląda się go tak dobrze. Nie wpadajmy jednak w przesadne zachwyty – ten przyzwoity pastisz to tylko cień dawnego mistrza filmowej makabreski.
MW – Michał Walkiewicz [9]
Raimi dołożył do pieca – jego nowy film jest doskonały. Sprawdza się i jako horror, i jako czarna komedia, i jako opowieść o ewolucjach prowincjonalnej mentalności. Całość przypomina Kingowski „Thinner”, ale jest niepomiernie zabawniejsza i straszniejsza.
KW – Konrad Wągrowski [5]
Wyłamię się z chóru zachwytów. Nowy film Sama Raimiego się ładnie, energicznie zaczyna, całkiem nieźle rozkręca, a nawet całkiem fajnie kończy, ale poza tym w centralnej części epatuje najgorszymi, najbardziej zgranymi horrorowymi chwytami z nagłym hałasem i wyłażącymi robalami na czele. Sorry, ale za stary już jestem za to, oczekuję jednak czegoś bardziej nowatorskiego przy tak mało odkrywczej historii.
BZ – Beata Zatońska [6]
Porządny horror, można się trochę przestraszyć i uśmiechnąć. Zdecydowanie wolę klątwy, demony, latające przedmioty i mroczne wyprawy na cmentarz, niż flaki latające po ekranie w filmach typu „Hostel”.
PD – Piotr Dobry [9]
Jestem w ciężkim szoku – spodobał mi się polski film, którego bohater nie nazywa się Miauczyński. I nie miauczy, tylko śpiewa, buntuje się czynnie, nie biernie, uprawia seks i nie ma z tego powodu traumy (widz też nie), ma za to dobrego ojca, mimo że komucha. Zaraz, przecież to nie może być polski film! A jednak.
UL – Urszula Lipińska [5]
Niby wszystko ładnie pomyślane, ale chyba Borcuch przesadnie uwierzył, że z dziewiczej naturalności młodych aktorów da się zrobić główną siłę tego filmu. Jeśli każdy element utrzymuje się w manierze szkicowości – pastelowe zdjęcia, błądzące, niezdyscyplinowane oko kamery, niedoeksponowane postacie – to w efekcie można się przykro przeliczyć, bo nie ma czym przykuć wzroku i emocji widza do ekranu. A wystarczyło kilka gestów i spojrzeń, żeby podnieść temperaturę tego filmu. Chyra to potrafi, dlatego we „Wszystko co kocham” najpiękniej wypada relacja ojca z synem. Tyle, że ten temat Borcuch już przećwiczył w „Tulipanach”. Co do całej reszty: regularny trening nadal zalecany.
MO – Michał Oleszczyk [7]
Po „Domu złym”, dom dobry – stan wojenny jako wspomnienie z wakacji i inicjacja w typie „Dazed and Confused” Linklatera. Na szczęście Borcuch umie wydobywać z aktorów prawdziwe emocje i ma pop-artowy, agresywny zmysł wizualny – bo inaczej byłby to tylko komiksowy rewers czarnuchy Smarzowskiego: banalucha. A tak, ogląda się to z przyjemnością i chwilową ekscytacją.
WO – Wojciech Orliński [9]
Nie mogę się pozbierać po tym szoku – spodobał mi się polski film! Wreszcie tak po prostu bez żadnego „ale” i bez „jak na garbatego to całkiem prosty"! Nareszcie aktorzy nie wyglądający jakby się urwali z telenoweli czy reklamy proszku do prania! Nareszcie miłosne dialogi nie napisane przez Łepkowską, Saramonowicza, Koneckiego czy Grocholę! Nareszcie bezpretensjonalna prostota pomysłu, za sprawą której jeszcze bardziej gardzę całą tą polską udziwnioną szmirażerią od „Patryka Vegi” po Mariusza Pujszo. Nareszcie polityczne dylematy PRL bez zaduchu kina moralnego niepokoju! Panie Borcuch, kocham pana!
PP – Piotr Pluciński [7]
Okazuje się, że można opowiadać o PRL-u bez zbędnych skrajności. Jacek Borcuch nie poszedł w ślady Smarzowskiego (brutalna wiwisekcja) czy Machulskiego (bezpieczna błazenada), kreśląc swą po części autobiograficzną opowieść z zachowaniem odpowiednich, nieprzerysowanych realiów. „Wszystko co kocham” to proste, może nieco zbyt naiwne kino o dojrzewaniu i muzyce, ale na tym właśnie polega jego urok. Zaproszenie do konkursu w Sundance również coś na ten temat mówi.
MW – Michał Walkiewicz [4]
Oj, dajcie już spokój z tymi chłopcami z Arctic Monkeys, ich landrynkowym światem, „odważnymi” scenami erotycznymi i polityką zupełnie odklejoną od historii inicjacyjnej. Borcuch wyciągnął pewnie naukę z Linklatera, ale wyciągnął ją też z reklam soczków, w których jurna młodzież pluska się wesoło wśród fal i licytuje na okrzyki typu „juhuu!” Sorry, ale nie dam się sterroryzować hasłami w stylu „komu nie podoba się ta zgrana paczka, ten nigdy nie był młody”.
BZ – Beata Zatońska [7]
Luz, pogodny ton i łagodna zaduma w opowieści o utraconej niewinności i młodości. PRL i stan wojenny w tle nadają pierwszej miłości głównego bohatera posmak historii „Romea i Julii”. Świetna muzyka i odtwórca głównej roli Mateusz Kościukiewicz.
PD – Piotr Dobry [5]
Casus „Władcy Pierścieni: Powrotu Króla” – nagrodzony Oscarem film z milusińskimi bohaterami, piękną muzyką i zdecydowanie przeciągniętym zakończeniem. A poważnie – egzotyczna konfekcja, miła dla oka i ucha, obojętna dla ducha.
UL – Urszula Lipińska [5]
Istny emocjonalny szantaż. Wszyscy bohaterowie są bez skazy – spokojni, pokorni, dobroduszni, potrafiący wybaczać. Nie lubić tych dobrotliwców, grających na wiolonczeli w środku pola unosząc rozmarzone oczęta ku niebu, to jak otwarcie przyznać się do cynizmu i braku wrażliwości. Ale jak tu inaczej, kiedy fabułę o mądrości przeciętnej powieści Paulo Coehlo reżyser opowiada z uniesieniem poezji z najwyższej półki? I jak coś tak przewidywalnego emocjonalnie, fabularnie i formalnie wygrało w oscarowym wyścigu z „Revanche”, „Baader-Meinhof” i „Walcem z Baszirem”? Nie dość, że w Akademii muszą siedzieć sami konserwatywni emeryci, to na dodatek wszyscy ślepi.
MO – Michał Oleszczyk [6]
Sentymentalizm przeplata się z wariackim poczuciem humoru (odkrycie penisa na kobiecych zwłokach, zażeranie się kurczakiem, instruktażowe wideo dla grabarzy, etc.). Równowaga nigdy nie zostaje osiągnięta, film jest za długi i chwilami ogląda się go jak zlepek kulminacji z telewizyjnego (i znacznie lepszego) „Sześć stóp pod ziemią” na ten sam temat. Niemniej jakiś dziwny talent w tym wszystkim jest; oglądałem z zaciekawieniem, nawet jeśli często towarzyszyła mu irytacja.
KW – Konrad Wągrowski [7]
Coehlizm? Być może, ale jednak bardzo ładnie ujęty i wcale nie taki błahy, jak by to się mogło wydawać. Ogromną siłą „Pożegnań” są liczne sekwencje pogrzebów. Sceny ubierania zwłok, nakładania makijażu, nadawania twarzy wyrazu piękna i spokoju są po prostu śliczne, poruszające i wcale nie takie oczywiste. Bardzo ciekawie pokazywane są owe ceremonie przez Takitę – niezwykle pięknie od strony wizualnej, ale też nie bez elementów czarnego humoru czy – z drugiej strony – szczerego wzruszenia. W efekcie udaje się dotrzeć do widza, który po prostu musi sam sobie zadać pytanie o własny stosunek do śmierci.
BZ – Beata Zatońska [10]
Japońska elegancja i powściągliwość w słodko-gorzkiej opowieści o muzyku, który zostaje mistrzem ceremonii pogrzebowych. Środki stylistyczne współgrają z tonem filmu. Jak mówi jeden z bohaterów filmu: „to takie dobre, że aż siebie nienawidzę”.
Las [6.50]
UL – Urszula Lipińska [4]
Wobec tajemnicy śmierci wszyscy jesteśmy bezradni, a w „Lesie” widać, że artyści także. Wyraźnie Dumała koncentruje się stronie wizualnej, dążąc raczej do oddziaływania na zmysły widza i nieprzesadnie bacząc na resztę. Jego film wymienia z widzem parę obojętnych słów, chłodnych zdań i banalnych uwag o umieraniu w oparciu o proste metafory i opozycje. Dom to przestrzeń we władzy syna, w lesie przewodzi ojciec. W domu ojciec jest bezradny, w lesie odwrotnie. W domu wygrywa młodość, w lesie – doświadczenie. I tak dalej, bez końca. Dla polskiego kina taki film to może nowość i symbol odwagi, ale w europejskich i azjatyckich kinematografiach podobnych rzeczy powstało już na pęczki.
BZ – Beata Zatońska [9]
Czarno-biała filmowa elegia. Oszczędna, ale pełna ekspresji. Elegancka i poruszająca. Z przykuwającymi uwagę surowymi rolami Mariusza Bonaszewskiego i Stanisława Brudnego. Film nie dla każdego, ale warto wejść w świat skomponowany przez wybitnego artystę.
PD – Piotr Dobry [6]
Główny bohater jest tak skończonym dupkiem (w myśl zasady: wielcy artyści to egoiści), że jego żałosne użalanie się nad sobą byłoby nie do zniesienia, gdyby tylko nie było poprzetykane całkiem niezłymi piosenkami (numero uno to „Be Italian” w znakomitym wykonaniu Fergie) i występami kilku seksownych aktorek w seksownej bieliźnie. Ale do poziomu „Chicago” i tak daleko.
UL – Urszula Lipińska [8]
Wynik absurdalnych recenzenckich działań, odejmujących osiem i pół od dziewięciu, nie ma zastosowania nawet przy ocenie najsłabszego ogniwa „Nine” – reżysera. Rob Marshall rzeczywiście nie nadużywa wyobraźni, ale opowiada gładko, płynnie i nie gubiąc ani na chwilę dynamiki. Rangę filmu podnoszą znakomici aktorzy, emocjami nadrabiający braki wokalne i taneczne. Kiedy „Chicago” gasło przy każdym wątłym jęku Renee Zellweger, tak tu poziom trzyma się względnie równo, a ci, którzy nie potrafią go utrzymać szybko wypadają z gry (jak Nicole Kidman). Mimo swoich kreacyjnych ograniczeń udało się Marshallowi przenieść z „Osiem i pół” nastrój wiecznej tęsknoty za życiowymi punktami odniesienia. Udręki reżysera stanowią tu bardziej pretekst niż centrum fabuły, opowiadającej raczej o konsekwencjach życia według słów Felliniego: łatwiej zachować wierność jednej restauracji niż jednej kobiecie. Postać Guido zresztą jest figurą człowieka egzystującego w pozie wielkiego artysty, któremu rzeczywistość pomyliła się z planem zdjęciowym. Cierpienie bohaterek jest natomiast prawdziwe, namacalne i to kobiety szturmem biorą ten film. Tylko jakim prawem miałby o nich mówić, skoro nie nosi tytułu „Siedem”?
MO – Michał Oleszczyk [4]
Ten film jest okropny nie dlatego, że przekuwa Felliniego na musical – czyż wcześniej nie zrobiono tego z T.S. Eliotem („Koty”) i Nowym Testamentem…? Można musicalować wszystko, ale tylko pod warunkiem, że się to robi dobrze – tymczasem gwałt „Dziewięciu” ma za przedmiot właśnie musicalową tradycję. Tak niemelodyjnych, fatalnie napisanych, pozbawionych dowcipu i konceptu piosenek nie słyszałem od dawna. „Something inside me goes weak, / Something inside me surrenders. /And you’re the reason why, / You’re the reason why”. Duchy Hammersteina, Harta i Portera płaczą i biją na alarm. Tylko „Be Italian” i „Cinema Italiano” jako tako wyłamują się „na plus” i to za nie jest ta „4” dla „9”.
WO – Wojciech Orliński [8]
Gdyby nie główny bohater tak irytujący, że przez cały film marzyłem, żeby ktoś mu wreszcie dał w ryja (mąż Penelopy Cruz nawet moim zdaniem powinien), dałbym równą dziesiątkę. Ale jako musical jest świetne, „Be Italian” i „Cinema Italiano” to gotowe hity.
KW – Konrad Wągrowski [6]
Główny problem z „Nine” jest taki, że po filmie nie pozostaje wiele (poza może konstatacją, że Marion Cottllard jest niezwykle piękną kobietą). Nie zapada w pamięć, ani problem głównego bohatera, ani jakoś mocniej któraś z całkiem w sumie niezłych piosenek, ani jakakolwiek aranżacja. Takie nieźle zrobione, dość mechaniczne widowisko. Gdy ktoś nie nagrzewa się (pozytywnie lub negatywnie) samym odniesieniem do Felliniego – raczej letnie. Zapewne dlatego, że po prostu dylematy osobiste i kryzys twórczy włoskiego reżysera sprzed lat 40. nie są tematem mogącym porwać miliony. I nawet nie chodzi mi o to, że Guido jest dupkiem – to nie przeszkadza się emocjonować. Gorzej, że jego problemy są nam po prostu skrajnie obce. Dwa wyjątki: Marion Cottillard nie tylko wygląda ślicznie, ale i jej dramat jest tu najprawdziwszy, najbliższy, najlepiej zrozumiały i najlepiej ukazany. No i oczywiście Day-Lewisa zawsze ogląda się doskonale.
PD – Piotr Dobry [6]
Odwrócenie schematu świetne, detale – jak prawdziwie Krwawa Mary elegancko pita z tumblerów – też dają radę, dlatego szkoda, że wszystkie fajne pomysły kończą się Spierigom tak szybko i w drugiej połowie już tylko kserują „Blade’a” i „Equilibrium”. Niemniej to wciąż miła odmiana po tych wszystkich emo-wampirach od Stephenie Meyer czy L.J. Smith.
UL – Urszula Lipińska [7]
Apokaliptyczna wizja na miarę czasów, w których wszystko jedno o czym traktuje film, byle ktoś miał w nim wampirze kły. Bracia Spierig doskonale wiedzą, że żaden bajer nie uratuje obrazu świata przyszłości jeśli nie zaprojektuje się go logicznie i precyzyjnie. Od podziału klasowego w społeczeństwie wampirów po krew pitą z lodem jak whisky – nie ma w tym filmie nic odpuszczonego. Gdyby jeszcze całość poszła tropem lekkiej stylizacji ujęć na wydarzenia historyczne, a zdaje się, że to autorów nieśmiało kusiło, „Daybreakers” celowaliby w poziom oczko wyżej niż tylko świetne kino rozrywkowe.
MW – Michał Walkiewicz [6]
Były nadzieje. Mrok, świat rozrysowany w najdrobniejszych detalach, fantastyczna scena „odwiedzin” brata i parafraza dekady: „life’s a bitch and then you don’t die”. Zakałą tego całkiem przyzwoitego filmu jest w pierwszej kolejności Willem Dafoe. Powiedzieć, że facet odstawia parodię, to kurtuazja nie miejscu. Wąpierze wreszcie robią to, do czego nas przyzwyczaiły (a od czego odzwyczaił nas „Zmierzch”), chłepcą krew z otwartych tętnic i urywają członki, jednak zbyt dużo pomysłów upchnięto w tym króciutkim akcyjniaku.
KW – Konrad Wągrowski [6]
Bardzo fajny, obiecujący świat, spójny, ciekawy, z wieloma smaczkami. Bardzo dobrze postawiony problem. No i raczej przeciętna historia, idąca – im dalej w film – w zgrane chwyty i lenistwo scenarzystów. Szkoda, ale nie wykluczam, że chętnie obejrzę sequel. Świat wampirów ma na pewno nadal wiele do zaoferowania.
PD – Piotr Dobry [5]
Cóż za fascynująco oryginalny film! Pewien koleś sfilmował z ręki łóżkowo-melanżowe perypetie wykręconej pary. I wiecie co? Nawet w Sundance mu to pokazali! Niesamowite, po prostu niesamowite…
MO – Michał Oleszczyk [7]
Powiem okropny banał, ale cóż: ten film jest taki jak jego tytuł. Niepoukładany, jeszcze ciepły, pachnący snem i cudzą miłością. Zaskakująco łatwo wskakujemy w intymność wszystkich postaci – i dopiero po jakimś czasie dostrzegamy, że film jest kroniką ich niedojrzałości. Dryfują, skaczą ze spadochronu, sypiają ze sobą – wszystko po to, by „coś poczuć”. Finalny skok jest idealną puentą: zawieszeni, bezcelowi, asekurowani przez innych – i wciąż bez własnego łóżka. Nie oglądali „W chumrach”, czy jak…?
PD – Piotr Dobry [7]
Prawdziwa sztuka jest uniwersalna, ale w życiu bym się nie spodziewał, że w wyglancowanej na połysk hollywoodzkiej komedii o ryczącej sześćdziesiątce z UMC odnajdę cząstkę własnych przeżyć rodzinnych. No i ten Baldwin kradnący każdą scenę nawet samej Meryl Streep!
MO – Michał Oleszczyk [3]
Ciepłe kluchy i seks, albo filmowa owsianka z papryczką: skutki gastryczne do przewidzenia. Zamulony scenariusz czołowej zmory Hollywoodu, Nancy Meyers; „śmichy”, „chichy” i „dowcipasy”. Do tego świętokradztwo, za które Nancy trafi do kinematograficznego piekła: dosłowny cytat z „Absolwenta” Mike’a Nicholsa, oglądanego na DVD tak jak stare komedie w równie okropnym „Holiday”. A kysz, a kysz, maro!
WO – Wojciech Orliński [8]
Jako najstarszy Tetryk nie mogłem nie polubić tego filmu – sam jestem w końcu odrobinę tylko młodszy od Streep i Baldwina, a ogólne zaniedbanie sprawia, że wyglądam parę lat starzej. Wydaje mi się, że małolaty w sąsiednich rubryczkach po prostu nie są w stanie zajarzyć całej symboliki sytuacji ukończenia studiów przez najmłodszego potomka. Jeszcze trochę czasu mi zostało, ale już bliżej mi do postaci granych przez Baldwina i Streep niż dwudziestoparolatka, który jeszcze nie umie sobie nawet wyobrazić, jak jest po tamtej stronie. Też wtedy nie umiałem.
PP – Piotr Pluciński [5]
Wręcz przeciwnie, to proste. Meyers nakręciła przeterminowany komediodramat, który nudzi swymi założeniami w porównywalnym stopniu, co Streep swą kolejną „dobrą” rolą.
KW – Konrad Wągrowski [6]
Najlepszy film Nancy Meyers, co nie znaczy, że film wybitny, ale raczej, że w pełni oglądalny. „Lepiej późno niż później” fajnie się zaczynało, ale nie miało żadnego wiarygodnego pomysłu na kulminację, „Holiday” ogólnie mnie zmęczyło, a „To skomplikowane” przynajmniej opowiada historię możliwą, prawdziwą i łatwą do zrozumienia nawet jeśli nie jest się jeszcze 50-letnim rozwodnikiem. O tym, że jest przy okazji nieźle zagrane już nie ma co wspominać.
BZ – Beata Zatońska [6]
Optymistyczne, choć mało wyrafinowane. Przede wszystkim podniesie na duchu widzów w wieku średnim, filmowo-hollywoodzko udowadniając, że na miłość i cielesne porywy nigdy nie jest za późno. Meryl Streep w roli targanej rozterkami uczuciowymi rozwódki podnosi poziom filmu. Mimo wszystko wolę jednak „Lepiej późno niż później”.
Strona [«][‹] 1 z 3 [›][»]